Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cross. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cross. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 maja 2019

88. (cross) Baron Zemo

*Baron Zemo - Audrey
Ruska

Zaproponowałam Audrey, że pomogę jej dziś podczas treningu z Baronem. Dziewczyna nie była ani trochę pewna, czy nie jestem czasem pijana, ale po chwili wahania zgodziła się. Przyniosłam jej sprzęt, podczas gdy ona wyczyściła ogiera. Baron był dziś w takim sobie nastroju i rzucał nam mroczne spojrzenia. Ciągle próbował gryźć. 
Wzięłam psy i gdy tylko Drey wsiadła na konia, ruszyliśmy za nimi, choć pilnowałam, by zwierzaki nie zbliżały się do siebie. Baron bez namysłu skopał by psiaki, gdyby zaczęły się kręcić między jego nogami. Denerwował się też na uprząż i zbyt wolne tempo. Drey co chwilę robiła półparady, a na szerszych poboczach leśnej drogi robiła też wolty. 
- Wiesz co, pojadę z nim na miejsce i zaczniemy się rozgrzewać, bo zaraz go zabije - powiedziała do mnie i nie czekając na odpowiedź, ruszyła kłusem przed siebie. 
Nie zamierzałam biec, więc dołączyłam do niej dopiero jakieś piętnaście minut później. Baron brykał zawzięcie, gdy Drey chciała od niego czegoś więcej. Nie chciał z nią współpracować. Ale nie chciał się też zatrzymywać i nie ciągnął do domu. Sam chyba nie wiedział czego chce, więc rozgrzewka ciągnęła się w nieskończoność i była dość ciekawa. Zrobiłam ukradkiem kilka zdjęć i wysłałam załodze i zapytaniem czy mogliby wyszukać jakieś tanie kwatery na cmentarzu. Nie wiedziałam tylko jeszcze czy dla konia czy dziewczyny. 
Włożyła mnóstwo pracy w to, żeby w ogóle przestał odpowiadać na wszystkie prośby "NIE, BO NIE!". Powoli, powolutku zaczynałam widzieć efekty. Koń zrobił się nieco spokojniejszy, widać było zmianę w sposobie poruszania się - rozluźnił się i wydłużył wykrok. Wkrótce zrobił się z niego całkiem miły wierzchowiec i Audrey przez ostanie 10 minut rozgrzewki bez przerwy suszyła zęby. 
*
Ruszyli z miejsca galopem i najechali na pierwszą przeszkodę. Był to dość szeroki stół, wysoki na sto dwadzieścia centymetrów. Baron lubił ten typ przeszkody i nigdy nie miał z tym problemów. Teraz nie było inaczej. Wybił się mocno, w dobrym miejscu i przefrunął nad drewnianym blatem jak pegaz. Dobrze wylądował.  Uśmiechnęłam się, gdy przyspieszył i z radością pobiegł w kierunku przeszkody numer dwa. On naprawdę uwielbiał skakać, szczególnie przeszkody na torze crossowym. Podejrzewam, że gdyby Drey gdzieś po drodze zleciała, ten koń sam dokończyłby przejazd i to bez żadnych wyłamań. Przed nimi znajdował się szeroki coffin. Wiele koni nie radziło sobie z nim najlepiej, ale nie Baron. On miał wspaniałą intuicję i zawsze potrafił tak oddać skok, że widzowie gapili się z otwartymi szeroko oczyma. I teraz ja się tak właśnie gapiłam. Baron miał swoje wady, może nawet wiele wad, ale był niesamowicie utalentowany i codziennie dziękowałam mu, że nie uciekł jeszcze od nas i nas reprezentuje. Przegalopowali spory kawałek, a potem zeskoczyli do wody z dość wysokiego stopnia. To był ulubiony moment Barona. Kochał wodę i odzyskiwał wszystkie siły, kiedy wskakiwał do jeziorka. Byli tam zaledwie krótką chwilę i już musieli wskakiwać na bankiet. Czasami wyskok z wody był zbyt trudny, a na pewno był stresujący, ale Baron dał sobie radę. Gdy wydostał się na brzeg bryknął, a potem już bez zbędnych rewelacji pogalopował prosto na corner. Audrey bardzo pilnowała, by naprowadzić konia idealnie tak, by przypadkiem nie zahaczył o chorągiewkę. Na chwilę wstrzymałam oddech i z ulgą odetchnęłam, gdy ogier wylądował bez żadnych błędów. Później było jeszcze kilka bardzo wymyślnych przeszkód. Ale Baron był wyjątkowo odważnym koniem i rzadko co było w stanie go przestraszyć. Pokonywał każdą z nich z ogromną siłą, we wszystko wkładał całe serce. Dobrze, że przestał się już wykłócać z Audrey i byli teraz świetnie zgraną drużyną. Na chwilę wybił się z rytmu, kiedy gałązki na hydrze podrapały mu brzuch, ale szybko doszedł do siebie. Zerknęłam na stoper, mieli rewelacyjny czas. Został jeszcze tylko jeden stół i kilka wąskich frontów. Wiedziałam, że z tym pierwszym nie będzie problemów i tak było, ale przy drugim przygryzłam wargę i czekałam z niecierpliwością na rezultat. Przeszkody były ustawione tak, że trzeba było między nimi wykonać kilka strych zakrętów, więc najazdy były krótkie i konie zwyczajnie je omijały. Ale ta para nie mogła na to pozwolić i zaliczyli wszystkie trzy przeszkody, po czym pogalopowali triumfalnie do umownej linii mety. Drey poluźniła wodze i wyklepała ogiera, śmiejąc się. 
- Dobra robota! - wyłączyłam stoper. - Nowy rekord toru!

wtorek, 13 marca 2018

85.(cross) Skowronek

Skowronek & Amelia
Amelia przyniosła sobie sprzęt pod boks Skowronka. Ogier był właśnie czyszczony przez Alexa, niezbyt z tej pracy zadowolonego. 
- Przeoczyłeś zaklejkę – powiedziała z zadziornym uśmieszkiem.
Posłał jej mordercze spojrzenie, nie przerywając pracy. Po kilku minutach koń był gotowy do siodłania.
- Więc jesteśmy już kwita. - Pocałowała go w policzek i zajęła się zakładaniem sprzętu.
Koń był spokojny i nieco zaspany, chociaż dochodziła już siedemnasta. Amelia wybrała zatem dłuższą drogę na tor, żeby go nieco bardziej rozruszać. Ogier posyłał tęskne spojrzenia pasącym się koniom, a potem prychał, jakby złorzeczył na Amelię, że kazała mu pracować.  Ona jednak niewiele sobie z tego robiła, bo w jej uszach tkwiły słuchawki. 
Wjeżdżając w las wypchnęła go do kłusa. Niechętnie ruszył szybszym chodem, bardziej wlecząc za sobą nogi, niż je podnosząc.  Trwało to dłuższą chwilę i dopiero później, kiedy wjechali na pagórkowaty teren, ogier zaczął biec żwawiej. Amelia starała się wybierać kręte ścieżki, dzięki którym koń mógł się też powyginać. Dzięki temu trochę się uelastycznił. Jakiś czas później zagalopowali sobie, a tym razem zmiana chodu wyglądała już dużo lepiej. Ogier stał się bardziej czujny, nie trzeba go było bez przerwy poganiać. 
W końcu dotarli na tor. 
Amelia dała Skowronkowi chwilę przerwy. Stępo-kłusem poruszali się między przeszkodami, by koń miał szansę przypomnieć sobie o co chodziło w crossie. Po kilku minutach zagalopowali ze stępa i najechali ćwiczebnie na niewielką, drewnianą przeszkodę. Skowronek w ogóle się nie zawahał. Była to dla niego prościzna i poradził sobie ze skokiem jak zawodowiec. Następnie, nieco przyspieszając, ruszyli w stronę strumienia. To była trudna przeszkoda dla koni ze względu na wystający z wody łeb rekina – najeżony zębami. Amelia mocno pilnowała ogiera, robiła wszystko by nie odmówił skoku. Nie dawała mu czasu na odwrót i sygnalizowała mu wszystko najjaśniej jak się dała. Tuż przed wybiciem, czując, że koń się waha, dodała mocniejszej łydki i krzyknęła bojowo. Skowronek przefrunął chyba dwa metry nad wodą ze strachu przed rekinem i wylądował praktycznie od razu na czterech kopytach. Dziewczyna poklepała go, ale już po kilku długich foulach musieli wybić się przed  kolejną przeszkodą – palisadą o wysokości mniej więcej metra. Taka prosta, nie straszna budowla była teraz dla Skowronka jak bułka z masłem, po wcześniejszym przeżyciu. Co prawda stuknął tylniki kopytami w grzbiet przeszkody, ale nic wielkiego się nie stało. Miał szansę chwilę odsapnąć, ponieważ następny cel czekał dopiero po przejechaniu dużego łuku i zbiegnięciu ze wzniesienia. Niestety była straszna nawet dla Amazonki, bowiem przypominała wielkiego pająka. Środek, przez który skakały konie, nie był wyższy niż 70 cm, ale odnóża z niego wystające sięgały w najwyższym punkcie trzech i pół metra. Skowronek nie był przekonany do skoku i chciał zwolnić, ale Amelia wyczuła to w porę. Udało się jej zmotywować ogiera, chociaż gdy odbił się od ziemi, wylądował dopiero dwa metry dalej i śmignął przed siebie jak błyskawica. Amelia poklepała go i miała ochotę poklepać też siebie. Ale nie miała czasu, bo zaraz musieli zaatakować kłodę. Może zaatakować to zbyt duże słowo, po przeszkoda była jak na razie najniższa z nich wszystkich. Skowronek pokonał ją na zupełnym luzie. Następnie pogalopowali w stronę zarośli, wśród których czekała kolejna przeszkoda – zabudowana z każdej strony gałęziami i jedynie z okrągłym „okienkiem” w środku. Niektóre konie bały się jej, ale na szczęście Skowronek do nich nie należał. Poradził z nią sobie znakomicie. Wbiegli do lasu, ale już po chwili musieli zakręcić i zeskoczyć z podwójnego bankietu. Ogier był bardzo niepewny i znacząco zwolnił, by pokonać przeszkodę prawie ze stój. Jednak udało mu się w końcu bezpiecznie zeskoczyć do poziomu zero. Po chwili galopu dla rozluźnienia pojawiły się przed nimi dwie leżące obok siebie beczki. Trudność polegała na tym, by przeskoczyć jedną, a później zrobić woltę, przeskakując przez drugą. Chodziło o to, by zrobić to z jak najciaśniejszego najazdu. Amelia stwierdziła, że Skowronek jest już dobrze naskakany i nie będzie miał z tym problemów. Miała rację, do momentu gdy koń prawie się poślizgnął i wywrócił. Jakimś cudem złapał równowagę i skoczył, ale było blisko… Została im jeszcze tylko jedna przeszkoda. Była ona umieszczona w sadzawce i dla wielu koni okazywała się zbyt straszna. Długi na co najmniej osiem metrów smok. Jego grzbiet wystawał nad wodę i to właśnie nad nim trzeba było przeskoczyć. Skowronkowi wróciła energia, gdy wbiegł do wody, ale mina mu zrzedła gdy zobaczył potwora. 
- To już ostatnia, damy radę! - zawołała Amelia i użyła całego swojego daru przekonywania, by namówić konia do skoku. Udało się! Co prawda zaraz po wylądowaniu dał dyla przed siebie, ale skoczył.
Po przekroczeniu linii mety zwolnili do kłusa, a koń został porządnie wyklepany. Wrócili do domu tą samą drogą, dużo stępując. W stajni Skowronek naturalnie dostał trochę smakołyków w nagrodę, a Amelia obmyła go też letnią wodą. 

czwartek, 8 lutego 2018

83. (cross) Somewhere

Somewhere & Megan

Nasza droga Megan całkiem niedawno wróciła do swojej formy, a stęskniona za jazdą konną teraz aktywnie trenowała rumaki. 
Dzisiaj do jazdy wybrała sobie nową w naszej kadrze Somewhere. Klaczka z zaciekawieniem przywitała ją w swoim boksie i pozwoliła się jej tam wyczyścić. Szybko przeszły do siodłania. Meg wybrała jak najbardziej wygodny i najmniej cenny sprzęt, bowiem miała zamiar zabrać kasztankę na tor crossowy. 
Gdy obydwie były już gotowe do pracy, Megan wyprowadziła sobie konia przed stajnię i tam wsiadła ze schodków, uprzednio podciągając popręg. Warto dodać, że była wtedy siódma trzydzieści rano, ale jako, że zapowiadano upały – konie trzeba było ruszyć teraz lub późnym wieczorem. 
Na pastwiskach było jeszcze pusto, toteż klacz nie rozpraszała się, gdy szły tamtędy żwawym stępem. Trawę pokrywała jeszcze rosa, a ptaki dopiero budziły się do życia. Trzeba było przyznać,  że Sonia zachowywała się bardzo dobrze. Świetnie reagowała na sygnały, była czujna, ale nie bała się byle podmuchu wiatru. I oczywiście nie trzeba jej też było popędzać, bo sama narzuciła sobie świetne tempo. Zakłusowały z chwilą wjechania do lasu. Klacz przeszła do szybszego chodu bardzo chętnie, a Meg specjalnie wybrała dość trudną trasę przez grząski piach oraz pagórki, żeby dobrze rozgrzać i porozciągać konia. Już po kilku minutach Somewhere zaczęła wydawać dźwięki świadczące o tym, że jej zastane mięśnie, zaczęły pracować. Chwilę przed torem zagalopowały, by w tym chodzie zjechać z piaszczystej górki. W międzyczasie zrobiło się cieplej, a trawa zdążyła wyschnąć.  Megan przeprowadziła klaczy szybką skokową rozgrzewkę, a potem ruszyły już na pierwszą porządniejszą przeszkodę, jaką była niska kłoda. Somewhere poradziła sobie z nią bez wysiłku i gdyby mogła, spojrzały na Megan, pytając „czy sobie ze mnie żartujesz?”.
Ale to była chyba jedyna prosta przeszkoda. Meg celowo wybrała ten tor, bo zawierał mnóstwo kolorowych, udziwnionych przeszkód. Wiedziała, że klacz nie ma problemu z techniką, ale warto było poćwiczyć jej odporność psychiczną na widok gigantycznej podkowy, przez którą trzeba było przeskoczyć. 
Radziła sobie wcale nieźle. Megan nie dawała jej czasu do namysłu, stawiając w tym treningu na szybkość. Jednocześnie jej sygnały zawsze były jasne i zdecydowane, aby klacz nawet nie pomyślała o wyłamaniu. Co prawda widziała ją wiele razy na zawodach skokowych i nigdy nie odmówiła skoku, ale cross to był niemalże inny świat. Dlatego amazonka nie pozwalała sobie i klaczy  na błędy. Najechała na hydrę, która była dodatkowo utrudnionym zadaniem, ze względu na dość ostry zakręt do niej. Somewhere ścięła go tak mocno, że niemal się wywaliła. Przez to trochę się zdekoncentrowała i podczas skoku porządnie przejechała nogami po gałązkach. Meg wiedziała, że nic się jej nie stało, bo gałązki wykonane były z gumy. Poklepała klacz, by ją uspokoić w drodze na kolejną przeszkodę. A był to rów z wodą. Wąski, teoretycznie łatwy do pokonania, a w rzeczywistości prawdziwy horror dla niektórych koni. Szybko okazało się, że Sonia nie jest jednym z nich i nie zawahała się ani przez sekundę. Chwilę później musiała wskoczyć na bankiet, co zrobiła z jękiem umęczonej baby, a później zeskoczyła z niego z dużo większą gracją. Megan parsknęła śmiechem, ale nie pozwalała klaczy zwolnić. Zostało jeszcze kilka przeszkód. Z nimi też nie miały większych problemów. Na koniec zostawiły sobie dwie wąskie drewniane płotki. Trudność polegała na tym, że należało je skoczyć z bardzo ostrego zakrętu, a ponadto bardzo łatwo było je ominąć, zamiast przelecieć nad nimi. Somewhere była przez swoją partnerkę bardzo pilnowana i chyba tylko dzięki temu udało im się skoczyć bezbłędnie. 
Meg przyspieszyła, kierując klacz już w stronę stajni, luzując nieco wodze i z radością klepiąc konia po szyi. 
- Byłaś świetna! - zawołała ze śmiechem. - Zasłużyłaś na dodatkowe marchewki, masz to jak w banku, kochanie.
Za chwilę przeszły do kłusa. Klacz trzymała głowę nieco opuszczoną i naprawdę rozluźniona truchtała sobie po leśnych ścieżkach. Mniej więcej w połowie drogi zwolniły do stępa i tak dojechały do stajni. Sonia oczywiście została natychmiast oporządzona, łącznie z obmyciem nóg, a na koniec dostała porządną garść przeróżnych i najulubieńszych smakołyków. 

środa, 23 sierpnia 2017

78. (cross) Maximoff

Maximoff & Ruska




77. (cross) Natasha

Rodzaj treningu: crossowy 
Data i godzina: 15 kwietnia, 17:45
Pary: Natasha & Niyati

Dzień był upalny, dlatego dopiero wieczorem pojawiła się jakakolwiek możliwość trenowania koni. Niyati czekała cały ten czas by zabrać Natashę na tor crossowy. Kiedy weszła do siodlarni zauważyła nową amazonkę – Zoe.
- Hej. - Uśmiechnęła się, ale tamta jedynie puściła jej oczko i wyszła drugimi drzwiami.
Niya wzruszyła ramionami, po czym zabrała wszystko czego potrzebowała i ruszyła do boksu Natashy. Klacz nie była bardzo brudna, dlatego już po kilku minutach była gotowa do jazdy. Niyati założyła rękawiczki i wyprowadziła klacz na zewnątrz, gdzie zaraz sprawnie zainstalowała się w siodle. 
Od razu ruszyła konia do stępa, kierując go w stronę drogi do lasu. W międzyczasie wydłużyła puśliska do odpowiedniej dla niej długości. Jej uwaga szybko wróciła w całości do Natashy. Znając charakterek Nat lepiej było być czujnym na jej grzbiecie. Niyati ledwo o tym pomyślała, a już przeżyła gwałtowne odskoczenie z powodu jakiegoś hałasu w krzakach. Westchnęła i mocniej wypchnęła klacz, która wcześniej zatrzymała się z wrażenia w miejscu i nie chciała się ruszyć. 
Na szczęście była to jedyna przygoda, bowiem Natasha szybko uświadomiła sobie, że siedzi na niej ktoś z umiejętnościami. Starała się być grzeczna, ale że miała w sobie sporo energii to jednak była nieco zbyt żwawa. Podczas kłusa wyrywała do galopu, a podczas galopu przyspieszała tak, że amazonka przeczuwała rychłe poniesienie. Nic takiego się jednak nie stało, chociaż na tor dotarły w rekordowym czasie. Z biegu skoczyły niewielką kłodę, po czym wykonały kilka dużych wolt w wolniejszym galopie, zmieniły nogę i przeskoczyły przed beczkę. Wtedy zwolniły do kłusa, gdzie również wykonały kilka wolt, a później zrobiły sobie małą przerwę w stępie. Przechadzały się po torze, by Natasha mogła zapoznać się z przeszkodami. Dzięki temu zmniejszało się ryzyko wyłamań podczas przejazdu.
W końcu jednak przyszedł czas na sprawdzenie się. Natasha mieszkała w Echo od kilku tygodni i przeżyła tu już kilka treningów, ale podczas każdego z nich płoszyła się przynajmniej raz. 
Niya wypchnęła konia do galopu i z uśmiechem odnotowała bardzo ładne przejście. Natasha wydawała się być bardzo chętna do skoków, co dobrze wróżyło. Ruszyły zatem na pierwszą przeszkodę – hydrę. Klacz biegła miarowym tempem, była pewna siebie, a mocny impuls odpowiednio zmotywował ją do skoku. Silnie odbiła się od ziemi i pięknie przefrunęła nad gałęziami. Niya pochwaliła ją, by utrzymać dobre nastawienie. Nie zwalniając pobiegły w stronę sunken road. Zeskok z bankietu poszedł jej nieźle, wskoczenie na kolejny zresztą też. Niya starała się ze wszystkich sił by utrzymać tempo i udało się. Natasha dumna z siebie przyspieszyła i dumnie eksponowała wszystkie mięśnie. Dwie stacjonaty ozdobione gałęziami i kwiatami nie były dla niej wyzwaniem. Była w naprawdę dobrym humorze, a Niyati robiła wszystko by tego nie zepsuć. Wyzwaniem mógł być solidnie zbudowany, duży stół, dlatego Niya upewniła się, że klacz jest dobrze pilnowała i silnie wypchnęła ją do skoku w najodpowiedniejszym miejscu. Słyszała, że Nat uderzyła kopytami w blat, ale miała na sobie dobre ochraniacze, a jej chód po po kilkunastu metrach od wylądowania wcale się nie zmienił. Uspokojona skierowała klacz do lasu, gdzie leżało kilka kłód, a na koniec próg, z którego  zeskakiwało się prosto do wody. Tak jak wszystko inne szło Natashy rewelacyjnie, tak ostatni krok przysporzył amazonce mini zawał serca. Nat najpierw zatrzymała się w pełnego galopu, później zadębowała, ale straciła równowagę i ostatecznie uratowała się skokiem do jeziorka. Cudem wylądowała poprawnie i zaskoczona przez jakiś czas biegła automatycznie, ślepo słuchając komend Niyati. A w wodzie znajdowała się beczka oraz dwa niskie fronty. Po wskoczeniu na próg miały chwilę na swobodny galop, gdzie Nat odzyskała równowagę psychiczną i prychnęła sobie szczerze, na znak, że w sumie to może już dotrzeć do końca bez odstawiania cyrków. Zatem przeskoczyły corner, hydrę, oksera, a na koniec został im tylko szwed. Niya profilaktycznie dała klaczy mocniejszy impuls, ale ku jej zaskoczeniu nic się nie stało – to znaczy stało się! Skok się stał! Natasha pięknym susem pokonała przeszkodę i na koniec bryknęła. Zadowolona Niya wyklepała ją porządnie i obiecała jej słodkości po powrocie do stajni. Niedługo później zwolniły do kłusa i tymże chodem pokonały większość drogi do domu. Po drodze odwiedziły jeszcze pewien stary sad, ukryty na leśnej polanie, by sprawdzić czy drzewa już zakwitły. Na miejscu przywitał je piękny zapach, bowiem kwiatów było mnóstwo, a pokrywając dokładnie każdą koronę wyglądały cudownie. Niya zrobiła im kilka zdjęć telefonem, a wtedy zorientowała się jak dużo czas zajął im trening. Szybkim stępem wróciły do stajni, gdzie w boksie Nat została uwolniona z całego sprzętu. Dostała też obiecane smakołyki. 

poniedziałek, 27 marca 2017

69. (cross) Genoshia

Rodzaj treningu: crossowy (medium)
Data i godzina: 27 marca, 11:15
Para: Ruska & Genoshia

Po udanym treningu z Rav postanowiłam ruszyć także Genoshię. Co prawda pomału zbliżało się południe i temperatura wzrastała, ale jednak zdecydowałam się jechać. Zjawiłam się w boksie klaczy z całym sprzętem, po czym wyczyściłam ją dokładnie i ubrałam. Wyszłyśmy przed stajnię, gdzie wsiadłam ze schodków i już w drodze do lasu ustawiłam strzemiona. Było około 30 stopni, ale Genoshia cieszyła się jak dziecko i pewnie gdybym zawróciła – obraziłaby się na mnie. Poruszałyśmy się żwawym stępem. Gen cały czas miała uszy postawione na sztorc, ale słuchała się mnie i za każdym razem, gdy wysyłałam jej jakiś sygnał – reagowała natychmiast. Wkrótce mogłyśmy zakłusować. Wybierałam nieco lżejsze i najbardziej zacienione trasy, żebyśmy nie padły już po rozgrzewce. Ale znalazło się też parę górek i dolin, albo piaszczystych alejek, gdzie koń musiał użyć nieco więcej siły. Kiedy dałam klaczy sygnał do galopu, wystrzeliła przed siebie jak rakieta, ale bardzo szybko udało mi się ją opanować. Gen wydawała się być zawstydzona swoim atakiem, ale tak strasznie chciała już być na torze i się wybiegać, że nie miałam jej tego za złe. Gdy dojechałyśmy już na miejsce porobiłyśmy parę większych ósemek, przypominając sobie lotną zmianę nogi, a później skoczyłyśmy przed kłodę i beczkę. Gen za każdym razem odbijała się bardzo silnie i miałam wielki zapas. Pochwaliłam ją i dałam kilka minut przerwy w stępie.
No więc do dzieło. Spięłam konia bez galopu – tym razem także Gen ruszyła z kopyta, ale przed pierwszą przeszkodą – hydrą, udało mi się ją nieco zwolnić. Jak zwykle wybiła się z niesamowitą siłą i przeleciała wysoooko nad gałązkami. Wylądowanie także było mocne i porządnie zatrzęsło mną w siodle, ale nie było za bardzo czasu na rozmyślanie. Gorąco zaczęło nam się wdawać we znaki już przy drugiej przeszkodzie, w postaci oxera. Genoshia zupełnie ignorowała temperaturę, ale jej sierść zaczynała się robić mokra. Oxera przeskoczyłyśmy tak samo dobrze jak hydrę. Gen bryknęła z radości, kiedy podjeżdżałyśmy na strome wzniesienie, żeby pokonać beczkę. Skok był słabszy niż pozostałe, ale wciąż udany. Przez chwilę galopowałyśmy, starając się wyrównać oddech, a później zjechałyśmy po zboczu, co było dość trudne, ze względu na to jak strome było. W każdym razie przetrwałyśmy i niemal od razu zeskoczyłyśmy z bankietu prosto do wody. To było cudowne uczucie i nawet zrobiłyśmy tam woltę, byleby się tylko bardziej ochlapać i przygotować na resztę trasy. W wodzie czekał na nas także wąski front skakany zza zakrętu, ale Gen poradziła sobie z nim rewelacyjnie. Dzięki ochłodzeniu miała w sobie jeszcze więcej energii do działania. Wskoczyłyśmy na próg i popędziłyśmy w stronę kolejnej przeszkody – stołu. Był długi i szeroki, ale Genoshia wcale się nie wahała. Dałam jej tylko szybki sygnał co do miejsca wybicia, a ona poszybowała w górę. Co prawda słyszałam stuknięcie, ale przeszkoda była na tyle trudna,że zdziwiłabym się, gdybym nic nie usłyszała. Poklepałam klacz. Przez chwilę pokonywałyśmy pusty odcinek trasy, dzięki czemu odsapnęłyśmy sobie z lekka i przez corner skoczyłyśmy bardzo dobrze. Gen zaczynała się męczyć, ale nie odpuszczała. Jeśli chodzi o sport to straszny z niej uparciuch, ale w tym dobrym znaczeniu. Słuchała mnie i reagowała na polecenia. Zostały nam już tylko dwie kłody, leżące dość blisko siebie i kilka innych przeszkód. Zdecydowałam, że skończymy wcześniej, bo chyba zaczynało się robić jeszcze goręcej. Skoczyłyśmy przez kłody, następnie przez coffina, a na koniec jeszcze dwa wąskie fronty z dziwnych najechań, ale udało się! Zwolniłam do kłusa i porządnie wyklepałam klacz. W drodze na odpowiednią ścieżkę myślałam o tym, że przydałoby się popracować nad giętkością Gen, bo czasami była bardzo usztywniona i ciężko było nią wymanewrować. Gdzieś w 2/3 drogi zwolniłyśmy do stępa i na luźniejszej wodzy wróciłyśmy do stajni. Przez chwilę jeszcze kręciłyśmy się to tu, to tam, doglądając dobytku. Na koniec zaprowadziłam klacz do stajni, gdzie pozbyłam się sprzętu i zabrałam ją na myjkę. Opłukałam ją troszkę, a później zaprowadziłam do boksu. No dobrze, wcisnęłam jej jeszcze do żłobu marchewkę w nagrodę… 

68. (cross) Ravenna

Rodzaj treningu: crossowy (easy z elementami medium)
Data i godzina: 27 marca, 8:21
Para: Ruska & Ravenna

O poranku poszłam do stajni, by zabrać Rav na trening. Chciałam to zrobić jak najszybciej, aby jeszcze zdążyć przed najgorszymi upałami. Sprawnie przyszykowałam sobie klacz, która podczas czyszczenia i siodłania była zupełnie spokojna. Wsiadłam na nią przed stajnią ze schodków, a odpowiednią długość puślisk ustawiłam sobie już w drodze na tor.
Szłyśmy sobie żwawym stępem. Na pastwiskach nie było jeszcze koni, więc podczas przechadzki przez pastwiska moja gwiazdka nie rozpraszała się obecnością koleżanek. Zaraz po wjechaniu na leśną alejkę ruszyłyśmy kłusem, nadając sobie całkiem szybkie tempo.  Raz udało nam się przeskoczyć gałązkę, chwilę później podjechałyśmy pod dość stromą górę, ale generalnie odbyło się bez niespodzianek. Na ostatniej prostej zagalopowałyśmy i takim właśnie chodem wjechałyśmy elegancko na tor, gdzie jeszcze przez chwilę rozgrzewałam klacz na woltach i serpentynach. Później jeszcze skoczyłyśmy sobie dwa razy przez beczkę, po czym dałyśmy sobie chwilę przerwy. 
W końcu uznałam, że możemy ruszać. Chciałam popracować nad jej wytrzymałością, dlatego zdecydowałam, że zrobimy sobie więcej przeszkód niż normalnie. Zagalopowałyśmy i skierowałyśmy się na najniższą możliwą przeszkodę – kłodę. Ravi poradziła sobie z nią bez najmniejszego problemu i pewnie miała wielki zapas. Nie zwalniając udałyśmy się w stronę oxera, zbudowanego z kolorowych drągów i desek. Niektóre konie dziwnie na niego reagowały, ale Ravenna wcale się nie zawahała i pewnie odbiła się od ziemi by pięknie przelecieć nad przeszkodą. Czekał na nas dość ostry zakręt i zjazd z górki – niemal od razu wpadłyśmy na hydrę, która trochę zaskoczyła gwiazdkę, ale moja szybka interwencja i mocny impuls załatwiły sprawę. Wciąż nie byłam do końca pewna tego konia, był w końcu młody i niedoświadczony, ale wszystko wskazywało na to, że będzie rewelacyjnym sportowcem. Udowodniła mi to, kiedy zadzwoniła mi komórka i rozproszyłam się, a Ravi praktycznie sama z siebie skoczyła dwie kolejne przeszkody – wąskie fronty, słynące z tego, że konie lubią je omijać, bo… są takie wąskie… Natomiast moja klaczka aż paliła się do skoków i gdybym puściła ją luzem to sama pokonałaby tor. Miałam nadzieję, że telefon więcej nie zadzwoni i skupiłam się maksymalnie na przejeździe. Akurat zeskoczyłyśmy do jeziorka prosto z bankietu. Ravi była w siódmym niebie i z radością rozchlapywała wodę na wszystkie strony. Uspokoiłam ją, żebyśmy bez problemu przeskoczyły beczkę, która się w tym jeziorku znajdowała. Wyczułam lekkie zawahanie ze strony konia, co było dla mnie nowością w tym przypadku, ale na szczęście byłam czujna i mocniej jej przypilnowałam.  Za chwilę wyskoczyłyśmy na suchy ląd, a później czekało nas jakieś 400 metrów galopu. Ravi powolutku zaczęła opadać z sił, ale uparcie trzymałam tempo. Wjechałyśmy do lasu, gdzie przeskoczyłyśmy przez dość sporą kłodę, a gdy z powrotem znalazłyśmy się na otwartej przestrzeni – najechałyśmy na coffina. Z doświadczenia wiedziałam, że lepiej jest być uważnym i dawałam Ravennie jasne, konkretne sygnały przygotowawcze. Klacz z radością odbiła się od ziemi i nawet nie wystraszyła się rowu. Potraktowała go obojętnie i wylądowała bez najmniejszych problemów. Niedługo później pokonałyśmy hydrę – Ravi była już zmęczona i przejechała brzuchem po gałązkach. Została nam ostatnia przeszkoda – stół. Nie odpuszczałam. Ravenna chyba wyczuła, że to już końcówka i wykrzesała z siebie dość sił, aby odbić się od ziemi z odpowiednią mocą, chociaż stół nie był taki mały. Po wylądowaniu poluzowałam klaczy wodze i wyklepałam ją z całych sił, prawiąc jej mnóstwo komplementów. Zasłużyła! Dogalopowałyśmy aż do drogi takim patatajem, a później zwolniłyśmy do kłusa. Miałam ją na kontakcie, ale wodze nie były bardzo napięte. Ravi była caaała mokra, ale nie byłam pewna, czy to aby na pewno pot, po tych szaleństwach w wodzie… Do domu wróciłyśmy w jakieś 15 minut, podczas których odpoczęłyśmy i po przyjeździe mogłam ją od razu wysadzić na padok. 

sobota, 18 marca 2017

67. (cross) Ravenna, *Joly

Ravenna & Ruska
*Joly & Karen

Zerknęłam przez okno w salonie i zauważyłam, że przyjechała już Karen ze swoim pięknym karoszem. Umówiłyśmy się dziś na trening crossowy. Wybiegłam na dwór by przywitać się z koleżanką i jej rumakiem, którego szybko i sprawnie zaprowadziłyśmy do stajni. 
- Przygotowaliśmy dla niego boks i…
- A mogłybyśmy go wypuścić na jakiś zacieniony padok, czy coś w tym stylu? N naprawdę nie lubi siedzieć w boksie…
- Hala jest wolna, to tą godzinkę sobie tam może podreptać.
Zamknęłyśmy go na hali, gdzie od razu zaczął szaleć i popisywać się, a było na co popatrzeć. W końcu jednak się uspokoił i zaczął obwąchiwać wszystko na swojej drodze. 
- On sobie troszkę odpocznie, a my pójdziemy do kuchni i poszukamy czegoś dobrego co Ty na to? - zaproponowałam, a widząc ogromny uśmiech Karen wiedziałam już, że pomysł się jej spodobał.

***

Troszkę dłużej nam zeszło, bo w telewizji akurat wypatrzyłyśmy jakieś zawody skokowe i nie mogłyśmy się oderwać. Kilka znajomych twarzy się pojawiło. W końcu jednak podniosłyśmy się z kanapy i ruszyłyśmy w stronę stajni. Trzeba było spalić te kalorie. 
Karen zabrała po drodze sprzęt z samochodu i poszła prosto na halę, gdzie miała sobie ubrać Joly'ego, a ja najpierw udałam się do siodlarni, a później do boksu Ravenny.  Moja gwiazdeczka przywitała mnie miło i dała się bzz problemu wyczyścić. Dałam jej w nagrodę kilka cukierków, a później ubrałam ją w jej standardowy sprzęt i jasnozielony czaprak.  Ledwo skończyłam podpinać popręg, a już usłyszałam kroki w korytarzu. 
- Gotowa? - Karen pojawiła się przy otwartych drzwiach boksu Ravi.
- Sekunda… i już! Możemy iść. Leć pierwsza.
- Gdyby co to się nie martw, Joly to nie jest raczej typ casanovy. - Pogłaskała ogiera po ganaszu i ruszyła z nim w stronę wyjścia.
Wskoczyłyśmy w siodła i już w stępie ustawiłyśmy sobie odpowiednią długość puślisk. Prowadziłam, bo Karen jeszcze nie znała drogi, ale miałam nadzieję, że jeszcze nie raz będziemy sobie razem tędy jechać i dziewczyna szybko zapamięta trasę. Tak czy owak konie były grzeczne, chociaż podekscytowane. Dla Joly'ego to było zupełnie nowe miejsce i wszystko badał z ogromną ciekawością. Karen pilnowała, by cały czas pamiętał, że ona tam ciągle jest i ona rządzi. Inaczej konik mógłby się zapomnieć i zrealizować jakiś genialny pomysł. 
Ravi miała bardzo szybkie tempo i ciągle miałam wrażenie, że nawet nie zauważę, kiedy zaraz zakłusuje. Za każdym razem gdy nieco zwalniałam, ona tylko wyczekiwała na moment mojej nieuwagi, żeby zaraz odrobinę przyspieszyć. W końcu wjechałyśmy do lasu i mogłyśmy tym zniecierpliwionym koniom pozwolić na przejście do szybszego chodu. Joly odrobinę się przy tym szarpał, bo najchętniej przeszedłby od razu w galop, ale stosunkowo szybko zaakceptował obecny stan rzeczy i dalej kłusowałyśmy sobie w spokoju.
Jak to zwykle przed treningami crossowymi, wybrałam najtrudniejszą trasę dojazdu, odhaczając z planu zająć rozgrzewkę. Koniska musiały porozciągać mięśnie, gdy brnęły w sypkim piachu, albo gry przejeżdżały przez bardzo pagórkowaty teren.  Udało się nam nawet oddać pierwszy skok, bo na ścieżce leżała dość rozłożysta gałąź. Jakieś pół kilometra przed miejscem docelowym zagalopowałyśmy. Było to bardzo spokojne tempo, chociaż na początku koniom to bardzo nie pasowało, ale w końcu się uspokoiły.
Na torze skoczyłyśmy przez kłodę po kilka razy, a później jeszcze przez beczkę. Zarówno Joly jak i Ravenna byli w dobrej formie. Nie wahali się, wybijali się pewnie i równie pewnie lądowali. Poklepałyśmy nasze rumaki i dałyśmy im chwilę przerwy w stępie. 
- To ja może pojadę pierwsza i upewnisz się, co do trasy – zaproponowałam.
- Okej, o ile uda mi się go tu utrzymać.
- Powodzenia!
- Tobie też!
Zakłusowałam i wykonałam dużą woltę, żeby mieć jak najlepszy najazd na pierwszą z przeszkód – stół. Przeszkoda szeroka, ale dostosowana do umiejętności naszych koni, czyli klasy easy. Ravenna strasznie się podekscytowana i wystrzeliła z taką prędkością, o jaką nigdy bym jej nie podejrzewała. Nie zdążyłam zwolnić, więc ten skok był bardzo płaski i słyszałam jak orze ochraniaczami o blat stołu. No nic, muszę być bardziej uważna na przyszłość. 
Przez kilka sekund galopowałyśmy po łagodnym łuku, przygotowując się do zaatakowania kłody. To było proste i Ravi skoczyła bardzo pewnie. Nieco gorzej było z rowem, bo musiałam być bardzo stanowcza i dać klaczy mocny impuls, żeby przekonać ją do skoku. Ale udało się, więc poklepałam ją i nie zwalniając pogalopowałyśmy dalej. Musiałyśmy wykonać dość ostry zakręt, dlatego troszkę zwolniłyśmy i zaraz później musiałyśmy się już wybić przed hydrą. Rav poradziła sobie z tym całkiem nieźle, ale przy następnej przeszkodzie już trochę się zawahała. Był to szwed, a ona chyba nie lubiła rowów ani właśnie szwedów. Postarałam się z całych sił, żeby ją zmotywować i na szczęście udało się, chociaż jeszcze w momencie wybicia trochę się ze mną szarpała. To nas zdekoncentrowało i prawie wywaliłyśmy się na ostrym zakręcie, który trzeba było wykonać by dotrzeć do kolejnej przeszkody. Był to bankiet, z którego zeskoczyłyśmy całkiem sprawnie i wylądowałyśmy w jeziorku. Woda dodała Ravce trochę animuszu i kiedy musiałyśmy wskoczyć na drugi bankiet, zrobiła to perfekcyjnie. Przed nami znajdowały się dwa wąskie fronty w odległości mniej więcej 40 metrów od siebie. Pilnowałam klaczy żeby nie wyłamała, ale ona nawet o tym nie pomyślała i skakała bardzo ładnie. Na koniec został nam corner, do którego także musiałyśmy zrobić ostre ścięcie i przez to skończyłyśmy jakoś krzywo i prawie obok przeszkody, no ale nie zastanawiałyśmy się już nad tym, bo wystrzeliłyśmy najszybciej jak się dało, żeby dotrzeć do mety. Z chwilą minięcia drzewa, które wyznaczało nam koniec trasy, zwolniłyśmy a ja zaczęłam klepać Rav, w podziękowaniu za świetnie wykonaną robotę. Zaraz później dałam znak Karen, że może już jechać i wjechałam kłusem na wzgórze, z którego wszystko było widać. Tam sobie stępowałam i obserwowałam.
Karen zakłusowała, wykonała woltę, a później zagalopowała i pewnym krokiem najechała z Joly'm na pierwszą przeszkodę, którą był stół. Ogier był zdecydowany, nie wahał się ani przez chwilę i bardzo bardzo chciał się już wybić. W odpowiednim momencie wyleciał w powietrze i pięknie przeleciał nad blatem i to jeszcze ze sporym zapasem. Ledwo wylądował, a już zaczął brykać i to z takim zacięciem, jakby walczył z co najmniej pięcioma niewidzialnymi przeciwnikami. Amazonce udało się go jednak jako tako ogarnąć i dwie kolejne przeszkody pokonali bez żadnych niespodzianek. Joly był już zupełnie skoncentrowany na pokonaniu trasy, słuchał się Karen i generalnie pokazywał się od najlepszej strony. Przyjemnie było na niego patrzeć, kiedy był w stu procentach zaangażowany na pracy. Jako kuc był zwinny, więc ostry zakręt podczas najazdu do czwartej przeszkody wyszedł mu bez problemu tak samo jak sam skok. Widziałam, że zawahał się tuż przed szwedem, ale Karen była na to przygotowana. Jak widać większość koni nie lubi tej przeszkody, ale ostatecznie Joly skoczył, a ta chwilowa niepewność tylko bardziej go nakręciła. Zeskoczyli z bankietu do wody tak widowiskowo, że wymsknęło mi się ciche „wow”. Joly poczuł się w jeziorku jak dziecko na placu zabaw i rozchlapywał wodę tak bardzo, że Karen była cała mokra już po kilku sekundach. Wyskoczyli na suchy ląd i z niesamowitą energią najechali na pierwszy, a zaraz później drugi wąski front. Ogier mimo całego tego swojego podekscytowania i rozpierającej  go energii, słuchał amazonki i robił dokładnie to, o co go poprosiła. Został im tylko corner. Koń musiał się nagimnastykować żeby wyrobić się na zakręcie, ale i tym razem udowodnił, że ma talent i umiejętności. Oddał bardzo dobry skok, a o lądowaniu, kiedy poczuł już luz w pyszczku, pognał przed siebie prosto do mety. 
Dokłusowałam do Karen i ramię w ramię zjechałyśmy z górki na ścieżkę, prowadzącą do stajni. Komentowałyśmy swoje przejazdy i dawałyśmy sobie wskazówki, ale obydwie byłyśmy zadowolone z treningu i bardzo, ale to bardzo zadowolone z naszych rumaków. W drodze powrotnej zachowywały się bez zarzutu.
Kiedy już dotarłyśmy do domu, zostawiłyśmy konie na padokach i odniosłyśmy sprzęt. Później zabrałyśmy z domu po puszce zimnej coli i wróciłyśmy do naszych miśków, by obserwować je, siedząc na płocie i sobie plotkując. 

wtorek, 14 marca 2017

66. (cross) Virtual Reality


Słoneczny, chociaż nie upalny dzień zachęcił  mnie do jakiejś aktywności fizycznej. Postanowiłam zabrać któregoś znudzonego konia na trening crossowy. Kiedy już pojawiłam się w stajni w bryczesach i z nowiutkimi rękawiczkami, zaczęłam przechadzać się od boksu do boksu w poszukiwaniu tego szczęściarza lub szczęściary. Mój wzrok w końcu spoczął na głowie Reality, która to wyjrzała na korytarz, słysząc moje kroki. Podarowałam jej czosnkowego cukierka i pogłaskałam ją po pyszczku. 
- Chcesz się przejechać? - zapytałam.
Nie słysząc odpowiedzi podeszłam do interkomu w ścianie i nacisnęłam odpowiedni przycisk.
- Eta? Dowiedz się czy mogę zabrać Virtual Reality na trening, okej?
- Oczywiście, chwileczkę.
Po minucie otrzymałam pozytywną odpowiedź i z uśmiechem pobiegłam do siodlarni. Czyszczenie klaczy odbyło się bez najmniejszych problemów, za to przy zakładaniu sprzętu nastąpił moment, gdy musiałam policzyć do dziesięciu. W końcu jednak klaczka była gotowa, więc wyprowadziłam ją przed stajnię i tam wsiadłam, korzystając ze schodków. 
Było ciepło i śpiewały ptaszki, więc byłyśmy obydwie nastawione bardzo pozytywnie. Rea szła stępem aktywnie i słuchała wszystkiego, co do niej mówię. A opowiadałam jej właśnie o kilku serialach, w które się ostatnio mocno wkręciłam. Dałam jej dość luźne wodze, chociaż pozostawała na kontakcie. Kierowałam głównie łydkami i dosiadem. Kiedy pokonałyśmy już drogę przez pastwiska i wjechałyśmy do lasu lekko skróciłam wodze i wypchnęłam Reality do kłusa. To przejście wydawało mi się bardzo dobre. Klacz miała w sobie mnóstwo energii, ale pozostawała grzeczna.   Anglezowałam, co 300 metrów zmieniając nogę. Rea poruszała się rytmicznym truchtem, ciekawsko rozglądając się wokoło. W lesie było spokojnie, więc i my osiągnęłyśmy wysoki poziom wyciszenia duchowego. Starałam się wybierać trasę, gdzie jest dużo sypkiego piachu oraz mnóstwo wzniesień, żeby klaczka mogła porządnie rozgrzać mięśnie. Na szczęście takich terenów u nas nie brakowało. W końcu zagalopowałyśmy sobie, ale był to bardzo spokojny galopik. Rozgrzewka rozgrzewką, ale należało oszczędzić siły na właściwy trening. 
W końcu wjechałyśmy na tor. Praktycznie z miejsca przeskoczyłyśmy jakąś pierwszą lepszą beczkę. Rea od razu poczuła wiatr w grzywie i wystrzeliła w powietrze jak z procy. Kolejną przeszkodą była kłoda i ją pokonała w tym samym stylu. Zaraz po wylądowaniu bryknęła rozentuzjazmowana faktem, że właśnie oddała udany skok. Zwolniłyśmy do kłusa, a potem do stępa, żeby chwilę odsapnąć przed przejazdem.
Kiedy obydwie nie mogłyśmy się już doczekać ustaliłam sobie w głowie wstępną kolejność i w jednej chwili zagalopowałyśmy. Najechałyśmy prosto na płot, który jednak był jedną z niższych przeszkód na torze hard. Dla Reality nie stanowił on zupełnie żadnego problemu, ale na wszelki wypadek dałam jej silniejszy impuls i pilnowałam. Nie miałam ochoty na samotny lot na ziemię. Po wylądowaniu, tak jak wcześniej, klaczka dostała kopa pozytywnej energii i mocno przyspieszyła. Pozwoliłam jej na takie tempo aż do kilkunastu metrów przed kolejną przeszkodą – żywopłotem. Wtedy zwolniłyśmy, żeby skoncentrować się na stronie technicznej. Rea została dobrze wyszkolona i właściwie nigdy nie miała tego typu problemów, ale ja miewałam, więc wolałam dmuchać na zimne. Treningami szybkościowymi zajmuje się z nią Megan. Tak czy owak żywopłot pokonała jak profesjonalistka, którą w istocie była. Poklepałam ją i pokierowałam na rów z wodą. Przeleciała nad nim w stylu pegaza i miękko wylądowała. Przyznaję, że jej lądowania prawie zawsze są bardzo miękkie. Następnie trochę przyspieszyłyśmy i wgalpowałyśmy do lasku, gdzie na naszej drodze pojawiły się dwie ogromne kłody w odległości jakichś 30 metrów. 
- Dawaj czadu, Rea – szepnęłam, delikatnie zestresowana.
Ale klaczka właściwie mnie nie potrzebowała. Doskonale wiedziała co robić. Wybiła się w idealnym momencie i z idealną siłą. Mi zostało tylko utrzymanie się w siodle. Po lądowaniu jednak wzięłam się w garść i przy kolejnej kłodzie byłam już aktywnym motywatorem dla klaczki. Poklepałam ją i siebie, zadowolona że przeżyłyśmy. Dalej przeskoczyłyśmy przez wąski front. Rea nawet nie pomyślała, by wyłamać i przeleciała zupełnie nad środkiem. Następnie  zaatakowałyśmy dość groźnie wyglądający stół, ale i tutaj klacz pokazała mi swoje umiejętności. Przeskoczyła przeszkodę bez najmniejszych obaw. Przez chwilę po prostu galopowałyśmy, biorąc głęboki oddech przez ostatnimi przeszkodami. Najpierw jeziorko! Najpierw trzeba było zeskoczyć z dość wysokiego progu, czego troszkę się bałam, ale Rea nie bała się w ogóle. W wodzie znalazł się kolejny wąski front, a później kolejny próg, na który tym razem należało wskoczyć, by wydostać się w wody. Rea zrobiła to wszystko zupełnie na luzie. Przed nami stał jeszcze duuży stół, a po nim corner. Zdawało mi się, że Rea lekko zawahała się przed tym pierwszym, ale o czasie udało mi się ją mocniej ścisnął łydkami i w końcu wybiła się poprawnie. Na koniec musiałyśmy tylko wbiec z dość stromego wzniesienia i już! Wyklepałam mojego dzielnego rumaka za wszystkie czasy i powychwalałam ją pod niebiosa. Przytulałam się do niej, podczas gdy ona kłusowała sobie na luźniejszej wodzy, bardzo spocona i bardzo zadowolona. 
Mogłyśmy wracać do domu, co zamierzałam zrobić w kłusiku, a później wsadzić ją na stępa na karuzelę. Trening zakończony sukcesem!

sobota, 11 lutego 2017

65. (cross) Shadow of Time


To był chłodny dzień, dlatego postanowiłam skorzystać z okazji i zabrać jakiegoś konia na tor crossowy. Po zorientowaniu się w sytuacji wybrałam Shadowa, bowiem to on pracował ostatnio najmniej.
Szybko go sobie wyczyściłam i założyłam sprzęt. Uznałam, że turkusowy komplet będzie mu pasował. Wyprowadziłam gotowego konia przed stajnię, gdzie wsiadłam, uprzednio podciągając popręg. 
Ruszyliśmy w stronę lasu raczej spokojnym stępikiem, bo na początku więcej nie mogłam od tego leniucha wyegzekwować. Był baaardzo ospały i najchętniej spędziłby cały dzień wygrzewając się na słońcu, ale nie ze mną te numery. Cały czas strofowałam go, przypominając o trzymaniu rytmu i chwaliłam gdy mnie słuchał. Po leśnych ścieżkach poruszał się już żwawiej, chociaż i tak mogło być lepiej. Przejście do kłusa nie było takie proste, a gdy już się udało to mieliśmy bardzo wolne tempo. Starałam się wybierać ścieżki o twardszym podłożu, bo pewnie na tych piaszczystych alejkach chciałoby mu się jeszcze mniej… W końcu przyszedł czas na galop. Jeju, było jeszcze trudniej i musiałam włożyć w to sporo wysiłku, ale udało się! Shadow galopował i to wcale nie najwolniej jak się dało. Po zaledwie minucie byliśmy już na torze, gdzie jeszcze chwilkę się porozgrzewaliśmy, po czym skoczyliśmy sobie taką prostą przeszkódkę w postaci przyniesionego tu ze stajni krzyżaka. 
Po chwili przerwy zaczęliśmy zabawę! Ale dla mnie nie była to specjalna frajda, bo musiałam tego konia pchać, jak nie wiem i zmachałam się bardzo szybko. Jednak nie poddawałam się! Najechaliśmy spokojnym galopem na pierwszą przeszkodę w postaci kłody, którą Shadow przeskoczył bez większych problemów. Ale pilnowałam go konkretnie, wszystkimi dostępnymi środkami. Zdawało mi się, że po lądowaniu zwolnił jeszcze bardziej i takim patatajem zrobiliśmy najazd na żywopłot. Starłam się zmobilizować go jak tylko potrafiłam i chyba dałam radę, bo z mojej perspektywy skok się udał. Pochwaliłam konia, a później robiłam wszystko, by przyspieszył. Akurat zjeżdżaliśmy z górki, więc nabrał trochę tempa i udało nam się je utrzymać, gdy byliśmy już na dole. Pokonaliśmy płot bez problemu, chociaż była to spora przeszkoda i trochę się martwiłam. Ale Shadow naprawdę był zupełnie wyluzowany i nie przejmował się niczym… Nawet tym, że właśnie jechaliśmy w stronę hydry, które zwykle średnio wychodzą konikom w jego typie. Nie miałam pojęcia jak poradzi sobie z zadaniem, ale przysięgłam sobie, że damy radę. Używałam czego mogłam by go zmotywować, udało nam się trochę przyspieszyć… czułam wahanie z jego strony, ale nie dałam mu szansy na wyłamanie. Odbił się od ziemi z tak niespodziewaną siłą, że jestem pewna, iż leciałam nad koniem zamiast z koniem. Wylądowaliśmy ciężko, koń w szoku, ja w szoku… ale okej… galopowaliśmy dalej, starając się ogarnąć rzeczywistość. Pochwaliłam go gdy tylko odzyskałam rozum. Mieliśmy chwilę na odpoczynek (w pełnym galopie, no ale…), po czym wjechaliśmy do lasu, gdzie znajdowały się trzy kłody w odległości kilkunastu metrów od siebie. Shadow poradził z tym sobie znakomicie. Po tej hydrze zyskał też na prędkości i póki co wcale nie zwalniał, co bardzo mnie cieszyło. Po wyjechaniu z lasu musieliśmy zeskoczyć z progu, żeby wpaść do jeziorka. Poszło nam całkiem nieźle, chociaż miałam czarne myśli. Zaraz po wyjściu na brzeg mieliśmy palisadę do przeskoczenia. Była dość wysoka, ale spięliśmy się i poradziliśmy sobie z nią wcale nie najgorzej. Stwierdziłam, że jeszcze tylko rów i płot. Wystarczy nam na dziś. Rowów koniska też za bardzo nie lubią, więc asekurowałam konia jak mogłam, ale nic złego się nie stało. Natomiast przy płocie mocno się wahał, był wyższy niż poprzedni taki. Wyłamanie było bardzo wyraźną wizją, ale znowu się uparłam, że koń skoczy. No i skoczył, tylko strasznie koślawo. Ale wylądowaliśmy bezpiecznie! Wyklepałam go porządnie, a potem jeszcze zrobiliśmy takie duuuże koło w galopie na luźniejszej wodzy. Zwolniłam do kłusa, wjeżdżając w alejkę, która prowadziła do domu. Sporo tym kłusem sobie truchtaliśmy, nawet jeszcze skoczyliśmy taką jedną gałązkę, ale to tak, ze nawet ja nie wiedziałam, że on przez nią przeskoczy, zamiast normalnie przez nią przejść. Później duuużo stępa i zatrzymaliśmy się przed drzwiami stajni. Gdy zaprowadziłam go do boksu podarowałam mu dwie marchewki i jeszcze trochę go pomiziałam w nagrodę. 

czwartek, 9 lutego 2017

63. (cross) Genoshia

Genoshia & Ruska

Postanowiłam w końcu popracować z Gennie trochę więcej, bo ostatnio jednak nie miałam dla niej zbyt wiele czasu. Koło jedenastej rano zjawiłam się w jej boksie ze szczotkami i sprzętem. Wyglądała na zadowoloną,  bo na dzień dobry poczęstowałam ją smakołykami. 
Czyszczenie poszło sprawnie, bo mała nie była brudna i wcale się nie wierciła. Szybko przeszłam do ubierania jej, co także zajęło mi zaledwie chwilę. Wybrałam dla niej niebieski komplet, w którym prezentowała się ślicznie!
Wyprowadziłam ją na zewnątrz, po czym wsiadłam ze schodków i od razu skierowałam klacz w stronę lasu. Po drodze ustawiłam sobie strzemiona i wyciszyłam telefon. Nie musiałam się martwić o nagłe odskoczenia, bo Gen zawsze wykazywała się ponadprzeciętnym opanowaniem i ufałam jej na tyle, na ile mogłam ufać wierzchowcowi. 
Po wjechaniu do lasu zakłusowałam, co przyszło bardzo łatwo, bowiem klacz miała dziś w sobie sporo energii. Poruszała się rytmicznie, całkiem żwawo i czułam, że mam nad nią kontrolę. Reagowała na każdy mój ruch i natychmiast wykonywała polecenia. Naprawdę lubię na niej jeździć… 
Podłoże było różne, od trawiastego, przez leśna ściółkę, po dość głęboki, sypki piach. Po przejechaniu dwóch kilometrów zrobiłyśmy sobie przerwę w stępie. Wtedy też udało mi się podciągnąć popręg o dwie dziurki. Następnym krokiem było zagalopowanie ze stępa – bardzo udane. Zaledwie chwile później naszym oczom ukazał się tor przeszkód, więc już nie zwalniając najechałyśmy na pierwszą kłodę w zasięgu wzroku Była to łatwa, niska przeszkoda, z którą Gennie poradziła sobie bez mrugnięcia okiem. Klacz lubiła skakać i angażowała się w to zajęcie, a także miała do tego dryg. Naturalny talent naprawdę sporo pomaga. Następną przeszkodą okazała się być nieduża hydra. Genoshia strasznie się na nią napaliła i mocno przyspieszyła, ale delikatny sygnał ostrzegawczy w porę przywołał ją do pionu. Odbiła się od ziemi bardzo silnie, a później bez problemu przeleciała nad gałęziami. Lądowanie także wyszło bez problemów. Poklepałam klacz i nie zwalniając ani na chwile udałyśmy się w stronę zarośli. To nasza nowa przeszkoda, która wielu koniom sprawia problem, ze względu na jej straszność. W gęstych, ciemnym, wysokich krzakach wycięta została okrągła dziura, przez którą właśnie należało przeskoczyć. Nie wiedziałam jak z zadaniem poradzi sobie moja gwiazdka, więc na wszelki wypadek użyłam wszystkich środków pomocniczych, by odpowiednio ją zmotywować. Tuż przed wybiciem odczułam lekkie wahanie z jej strony, ale ostatecznie odbiła się i oddała piękny skok. Chwilę później była jeszcze trochę rozkojarzona, ale szczęśliwa, że to zrobiła. Ja także byłam szczęśliwa i jej to okazywałam. Miałyśmy chwile przerwy, a później wjechałyśmy na leśną ścieżkę, gdzie co kilkanaście metrów poustawiano kłody.  To było stosunkowo proste i Gennie wcale się nie zmęczyła. Kiedy wyjechałyśmy z lasu, musiałyśmy zeskoczyć z całkiem wysokiego progu, by zaraz wpaść do jeziorka. To była jedna z naszych ulubionych części toru. Woda była wszędzie, bo oczywiście Gen nie mogła ssie powstrzymać przed bardziej zamaszystymi ruchami, żeby tylko zrobić mi ulewę.  Jeszcze w jeziorku miałyśmy beczkę do przeskoczenia. Trudność polegała na tym, że była dość i wąska i koń ze skłonnościami do wyłamywania prawie na pewno nie zdecydowałby się na skok.
Tymczasem Genoshia parła na nią szybciej sama z siebie. Użyła sporo siły, ja dodatkowo pilnowałam jej łydkami, bo jednak ciężko było oddać ten skok i to jeszcze z wody. Ale nam się udało. Wskoczenie na próg było już łatwiejsze. Zdecydowałam, że jeszcze tylko trzy przeszkody i będziemy wracać, bo nie chciałam młodej przeforsować. Zatem najechałyśmy sobie na załamanie płotu. Tutaj też chodziło o to, by nie wyłamać. Gennie miała dogodną drogę ucieczki, ale z niej nie skorzystała. Jej pierwszą i bardzo zdecydowaną myślą było oddanie skoku. Byłam z niej strasznie duma i naprawdę już widziałam ja na zawodach, wygrywającą złote medale… Tymczasem zostały nam jeszcze dwie przeszkody.  Najbliższą był szeroki strumień, ale to poszło bez problemu.. Natomiast stół – wysoka i szeroka przeszkoda to już było wyzwanie. Ale Gennie i ja miałyśmy dobry humor na wyzwania. Klaczka cały czas pozostawała czujna i czekała na moje wskazówki. Dałam jej jasno do zrozumienia, żeby głupio nie pędziła, tylko skupiła się na silnym wybiciu w odpowiednim miejscu. Gdy przyszedł czas dałam jej sygnał i udało się! Tak! Skoczyłyśmy, wylądowałyśmy i pogalopowałyśmy dalej, tym razem już na luźniejszej wodzy. Wyklepałam moja kochana i powiedziałam jej tle komplementów, że wykorzystałam chyba limit na cały miesiąc.  
Droga powrotna minęła nam w kłusie i stępie. Kiedy dojechałyśmy do stajni klaczka była już sucha, bo wcześniej jednak trochę się zmachała i spociła. Zsiadłam przed stajnią i zaprowadziłam ją do boksu, gdzie zdjęłam sprzęt i podarowałam jeszcze jednego cukierka czosnkowego. Ledwo zdążyłam wyjść z boksu i zamknąć go za sobą, kiedy usłyszałam wściekłe „RUSKA! ZNOWU KUPIŁAŚ KONIE?!” w wykonaniu Friday. Ups...

niedziela, 13 listopada 2016

59. (cross) Genoshia

Ruska & Genoshia 

Wieczorem postanowiłam zabrać Gennie na tor crossowy, żeby trochę się wyszalała. Cały dzień brykała na pastwisku i widać było, że potrzebuje czegoś, co pozwoliło by jej spuścić tę energię. 
Założyłam jej czerwony komplet i do tego brązowe siodło skokowe razem z ogłowiem, którego naczółek wysadzany był czerwonymi kamyczkami. Na koniec jeszcze brązowe, solidne ochraniacze i w drogę. 
Wsiadłam na nią przed stajnią ze schodków, a potem ustawiłam odpowiednią długość puślisk, podczas gdy klaczka grzecznie stała w miejscu i tylko się rozglądała. 
Ruszyłyśmy żwawym stępem na luźniejszej wodzy. W międzyczasie założyłam sobie rękawiczki i zapięłam bluzę. Genoshia szła bardzo szybkim stępem, ale nie próbowała przechodzić do wyższych chodów. Poruszała się w linii prostej, nie zważając na konie biegające po padokach, które mijałyśmy po drodze do lasu. Nie wyrywała mi też wodzy, ani nie odwracała się do mnie. Ufałam jej, a ona pilnowała się, aby tego zaufania nie zawieść. 
Delikatnie zebrałam wodze i wypchnęłam klacz do kłusa. Ruszyła nim za pierwszym podejściem i od razu bardzo energicznie. Podobało mi się to, jak miękko niosła. Mogłam z przyjemnością wysiadywać ten kłus, chociaż jednak przez większość czasu anglezowałam raz na jedną, raz na drugą nogę. Jeździłyśmy po wąskich, kręconych ścieżkach, które nie rzadko prowadziły pod strome pagórki, albo wiły się w dół z górek. Raz nawet udało nam się przeskoczyć gałąź. Wkrótce zagalopowałyśmy. Klaczy wystarczyła tylko silniejsza łydka, a w samym galopie nie musiałam jej wcale pilnować. Sama chętnie biegła do przodu równym tempem. Podobało się jej to tak samo jak mnie. 
W końcu dojechałyśmy na tor i zdecydowałam, że nie będziemy się zatrzymywać. Od razu ruszyłyśmy przed siebie. Pierwszą przeszkodą była niewysoka, długa kłoda, z którą moja Gennie poradziła sobie bez żadnych problemów. Nie zawahała się, a jej wybicie było tak silne, jakby miała właśnie skakać przez 1,5 metrowy płot. Poklepałam ją, ale nie zwalniałyśmy. Po chwili szybszego galopu zaatakowałyśmy stół. Ta przeszkoda była już trudniejsza, ale Genoshia nie przejmowała się poziomem trudności, a myślała tylko o tym jak bardzo uwielbia skakać. Dałam jej mimo wszystko silniejszy impuls tuż przed wybicie i pilnowałam, żeby nie uciekła w bok. Klacz z dużą dawką energii odbiła się kopytami od ziemi i poszybowała nad przeszkodą niczym pegaz. Wyciągnęła przy tym przed siebie głowę i podkurczyła kopyta. Po wylądowaniu musiałyśmy zrobić ostrzejszy zakręt i przez chwilę miałam w głowie wizję naszego wspólnego upadku, bo Gen trochę za bardzo się nakręciła, ale na szczęście przetrwałyśmy. I zaraz miałyśmy do przeskoczenia hydrę. Z tym poradziła sobie już świetnie. W drodze do kolejnej przeszkody głaskałam ją po szyi, żeby trochę ją uspokoić, bo jednak to jej podekscytowanie zaczęło nam przeszkadzać. Udało mi się osiągnąć jakiś tam efekt i przez te dwa niskie fronty udało nam się jakoś przebrnąć na spokojnie, chociaż były ustawione w tak trudnym położeniu, że musiałam manewrować koniem. Na szczęście Genoshia była wtedy w miarę rozluźniona i dzięki temu bardziej elastyczna. Po kawałku pustej trasy przeznaczonej na galop śmignęłyśmy w mgnieniu oka, żeby zaraz zeskoczyć z progu prosto do wody. Gennie z radością rozchlapywała ją na wszystkie strony, ale kiedy przyszedł czas na skoczenie przez beczkę to pokazała pełen profesjonalizm. Zaraz wskoczyłyśmy na brzeg, który jednak był trochę powyżej poziomu wody i pognałyśmy dalej. Klaczka była już trochę zmęczona, ale dzielnie parła na przód. Niestety na naszej drodze stanął coffin – przeszkoda bardzo trudna. Użyłam całej swojej mocy perswazji żeby przekonać Gennie do skoku. Czułam, że lekko się waha, ale ostatecznie zaufała mi i odbiła się od ziemi, chociaż nie aż tak silnie. Przejechała nogami po najwyższych partiach przeszkody, ale udało nam się ją przeskoczyć bez żadnych niespodzianek. Mocno poklepałam klacz, mówiąc, jaka jest cudowna. To poprawiło jej humor i przez płot, który właściwie wyglądał jak zwężony róg czworokątnego ogrodzenia, przeskoczyła z gracją i bezbłędnie. Jeszcze tylko rów, hydra i stół. Genoshia już porządnie zaczyna się męczyć i nawet powoli zwalniała, ale skakała jak tylko mogła najlepiej. Nie odpuszczała sobie z wybiciami, starała się ogromnie, miała ambicje. Byłam z niej bardzo zadowolona i po oddaniu ostatniego skoku dałam jej luźne wodze i przegaloowałysmy jeszcze tylko kawałeczek tak zupełnie na luzie. Później zwolniłam do kłusa, cały czas ją klepiąc. Do domu wracałyśmy właśnie przede wszystkim kłusem, chociaż po drodze jeszcze raz zagalopowałyśmy na łące. Gdy dojechałyśmy do domu zdjęłam jej sprzęt przed stajnią i zostawiłam samo ogłowie. Amelia pomogła mi opłukać klaczy nogi wężem ogrodowym, a później chodziłam sobie z nią po okolicy przez jakieś 10 minut. 

niedziela, 30 października 2016

57. (cross) Mickey Mouse

Mickey Mouse & Ruska

Nadszedł dzień, w którym stwierdziłam, że trzeba trochę ruszyć Myszkę. Zdecydowałam się na cross, bo była akurat ładna pogoda i nie za duża temperatura. Zaczęłam sobie go szykować na spokojnie, w międzyczasie oferując mu cukierki i przytulając się do niego. W końcu przyszedł czas na założenie sprzętu, z czym nie miałam żadnych problemów. Następnie wyprowadziłam ogiera przed stajnię, gdzie wsiadłam z pomocą schodków i ruszyłam w stronę lasu. 
Mickey był bardzo podekscytowany i maszerował z niebywałą prędkością, jednak grzecznie zwalniał za każdym razem gdy go o to prosiłam. To, że za chwilę znowu przyspieszał to już inna sprawa. Miałam jednak nad nim wystarczającą kontrolę i nie martwiłam się. Dopiero po kilkuminutowej wędrówce pozwoliłam mu na zakłusowanie, do którego aż się palił. Wystarczyło delikatne przyciśnięcie łydek. Był opanowany, ale uszy cały czas stawiał na baczność. Anglezowałam sobie, co jakiś czas zmieniając nogę. Poruszaliśmy się po mniej uczęszczanych leśnych ścieżkach, które w większości wiodły po pagórkach. Dzięki temu koń musiał włożyć w ruch więcej energii i stanowiło to dla niego znakomitą rozgrzewkę. Zagalopowaliśmy sobie, kiedy wjechaliśmy na taką piaskową drogę. To też było dobre dla mięśni mojego wierzchowca. On kilka razy aż bryknął z radości, ale nie było to nic złego. Właściwie to uwielbiam kiedy koń bryka, więc oboje byliśmy szczęśliwi. 
W końcu dojechaliśmy na tor i z biegu skoczyliśmy sobie kłodę z galopu. Później zawróciliśmy na duuużym kole i pokonaliśmy ją jeszcze raz od drugiej strony. Wtedy pochwaliłam go i zwolniliśmy do kłusa żeby odpocząć przed przejazdem. Kręciliśmy się po torze przez kilka chwil. Próbowałam jak najlepiej zapoznać konia z przeszkodami i wydawało się, że jest spokojny. 
Po przerwie ostrożnie zebrałam wodze i zagalopowaliśmy. Po piaskowej drodze poruszaliśmy się raczej spokojnym tempem, po czym skierowaliśmy się na pierwszą przeszkodę – drewniany płotek. Docisnęłam łydki, by Mickey nie miał wątpliwości. Skoczył bardzo ładnie i bez zawahania. Pochwaliłam go głosowo i pilnowałam żeby nie zwolnił po lądowaniu, chociaż jak się okazało nie zamierzał tego robić. Wyczuwałam, że chce biec jeszcze szybciej, ale nie pozwalałam mu na to, żeby nie stracił od razy całej siły. Zaraz skoczyliśmy przez stół, który był raczej szerszy niż wyższy. Tym razem ogier lekko się zawahał, ale nie pozwoliłam mu wyłamać i wybłagałam oddanie skoku. Oszołomiony przez chwilę biegł bardzo sztywny, ale kiedy przeskoczyliśmy przez próg i wpadliśmy do wody od razu się rozluźnił. W jeziorku też mieliśmy do przeskoczenia przeszkodę. Była to wąska hydra. Na szczęście Mickey nie miał z nią problemów i zgrabnie nad nią przeleciał. Z wyskoczeniem z wody na platformę też poradził sobie dobrze, ale cały czas profilaktycznie wysyłałam mu impulsy. Przed nami był spory odcinek galopu, więc lekko przyspieszyliśmy. Ogier pięknie się wyciągał i czuć było, że taki bieg sprawia mu przyjemność. Nawet zaczęłam głaskać go po szyi, bo dzięki temu i mi dopisywał świetny humor. W końcu jednak zobaczyłam przed nami kłodę, więc delikatnie skróciliśmy chód i z marszu pokonaliśmy drzewo. Koń był bardzo zaangażowany i z niecierpliwością wypatrywał kolejnych zadań. Jak się okazało następny był rów z wodą. Dość szeroki. Cały czas mocno pilnowałam Micky'ego i pewnie gdyby nie moje zdecydowanie to wylądowałabym sama w tym rowie po nagłym zatrzymaniu… Koślawo, ale skoczyliśmy. Pochwaliłam go za to, że spróbował i żeby trochę go uspokoić. Przed nami były jeszcze tylko dwie przeszkody: coś na bazie króciutkiego tunelu zrobionego z drzew i gałęzi oraz drewniana konstrukcja w kształcie łódki na bazie stołu. Tej pierwszej trochę się bał , ale jakoś udało mi się go przekonać, chociaż później był bardzo zestresowany aż do końca trasy, jednak tę łódkę też jakoś skoczył. Może nawet lepiej niż cokolwiek, bo poprzednie uczucie strachu dało mu porządnego kopa energii. 
Zwolniliśmy do kłusa. Porządnie wyklepałam konia, który był spocony i oddychał raczej ciężko, chociaż najwyraźniej był z siebie bardzo dumny. Skierowaliśmy się od razu w stronę domu, ale bardzo spokojnym tempem. Dałam mu luźniejsze wodze i po prostu dałam mu czas na wyciszenie. W takim tempie pokonaliśmy połowę drogi do domu. Drugą połowę poświęciliśmy na rozstępowanie, dlatego kiedy stanęliśmy przed stajnią to Mickey mógł od razu iść odpocząć do boksu. Wrzuciłam mu jeszcze do żłobu dużą marchewkę. 

niedziela, 9 października 2016

49. (cross) Viertual Reality, Baron Zemo

Detalli & Virtual Reality
Audrey & Baron Zemo

Następnego dnia zdecydowaliśmy się zabrać konie na cross. Z samego rana zeszłam do stajni z Audrey i Det, a po drodze przyplątali się także Vincent i Francis. Czyszczenie koni poszło nam dość sprawnie, pomijając humorki Barona, ale Audrey jak to Audrey, dawała sobie radę. Potem tylko założenie sprzętu – Rea dostała błędkitny komplet, a Baron czerwony. Mogliśmy ruszać. 
Konie szły pierwsze żwawym stępem, a nasza bezkonna trójka dreptała za nimi. Rea szła spokojnie za swoim kolegą i tylko od czasu do czasu rozglądała się i rżała do koni, kiedy przechodziliśmy między pastwiskami. Baron z kolei nie zajmował się niczym innym, tylko uprzykrzaniem życia swojej amazonce. Ciągle wyrywał wodze, chodził jakby pijany, albo udawał że się czegoś płoszy. W końcu Drey się wkurzyła i… porozmawiała sobie z nim trochę. Później był już w miarę grzeczny. Po długiej wędrówce w stępie oni stwierdzili, że nie będą tracić czasu i pojadą kłusem a my sobie dojdziemy. Obydwa konie były szczęśliwe z takiego obrotu spraw, a ja bardziej przykleiłam się do Vincenta, żeby czasem Brokatowy Książę sobie czegoś nie zaplanował. 
Doszliśmy na tor crossowy po piętnastu minutach. Konie już galopowały i skakały przez niskie przeszkody na rozgrzewkę. Widać było, że Baron ma swój dobry dzień, bo nawet za bardzo się nie buntował. Z kolei Rea wydawała się być trochę śpiąca i budziła się na kilka metrów przed przeszkodą, by kilka metrów po niej znowu zasypiać. 

VIRTUAL REALITY
Przyszedł czas na przejazd właściwy. Konie chodzące taki poziom WKKW miały przejść naszą najtrudniejszą trasę. Na Detalli nie robiło to wrażenia po treningach i zawodach ze swoimi końmi, więc dodawała Rei dużego wsparcia. Najechały na pierwszą przeszkodę – hydrę, trochę zbyt leniwie, ale uznałam, że Detalli po prostu oszczędza siły klaczce. Koń ładnie się wybił i pokonał to bez cienia strachu. Dalej czekał na nich szeroki stół. Reality wyraźnie się obudziła i biegła z większą energią. Nie czekała nawet na sygnał ani nic, tylko sama z siebie pięknie i mocno odbiła się od ziemi. Od tej pory była już wyraźnie bardziej zaangażowana. Co ważne – była bardzo sterowna i chciała współpracować z amazonką. Nie buntowała się ani trochę. Chętnie pokonywała kolejne przeszkody i słuchała wskazówek. Trochę się pogubiła, kiedy miały do pokonania trzy wąskie przeszkody z rzędu ustawione tak, że musiały naprawdę dobrze manewrować na ciasnych zakrętach. Obserwowaliśmy to ze zniesienia, z lornetkami w rękach. Na szczęście doświadczenie Detalli i zaufanie jakim obdarzyła ją Rea odniosły sukces. Kiedy wpadły ze wzniesienia do jeziorka pokonały próg bez żadnych trudności. A po spotkaniu z wodą klacz tylko odżyła i biegła jeszcze chętniej. Przeszkody w wodzie skoczyła z dużym zapasem. Okser zbudowany z narożnika wysokiego płotu także nie sprawił im większych trudności, chociaż wyglądał groźnie. Rów z wodą to dla Rei żadne wyzwanie… Natomiast kiedy przyszedł czas na najwyższą przeszkodę na torze nie byłam taka pewna jej umiejętności. To było coś w rodzaju hydry, wzmocnionej dodatkowymi grubymi belkami. Było też sporo kolorowych elementów. Trzymałam za nie kciuki i… udało się! Reality nie zawahała się ani na moment! Wybiła się i poszybowała w górę by tylko delikatnie otrzeć się o wystające gałązki. Na koniec kilka prostszych przeszkód i zasłużony odpoczynek. Nie byłam pewna czy jest spocona czy mokra, ale wyglądała na zmęczoną. Została porządnie wyklepała i przytulona, po czym odeszła na polankę by ochłonąć w kłusie. 
Co poprawić: musi biec szybciej, bo dałaby radę. Poza tym wszystko super :)

BARON ZEMO
Był zbyt pewny siebie, ale uznaliśmy, że może mu to pomóc, skoro zdarza mu się wyłamywać. Audrey miała zaciętą minę i wszyscy wiedzieliśmy, że jej cierpliwość względem tego konia jest raczej na wyczerpaniu. Najechali wolnym galopem na hydrę. Koń był nastawiony względem niej bardzo bojowo, jakby musiał skoczyć za wszelką cenę i faktycznie skoczył. Wyszło mu to całkiem nieźle. Miał spory zapas i technicznie też wszystko wyglądało dobrze. Podczas najazdu na stół bardzo się rozkręcił i zaczął walczyć z amazonką. Gdyby ta szarpanina potrwała dłużej wbiegli by w przeszkodę, albo gwałtownie zahamowali, na szczęście jednak dogadali się w porę by odbić się od ziemi i skoczyć. Niestety to rozproszenie podziałało na ogiera i skok został oddany bardzo koślawo i ledwo co. Baron nie był tym zadowolony, ale winę najwyraźniej zrzucił na partnerkę, bo sam znowu zaczął się szarpać. Ona jednak użyła bardzo mocnego impulsu, żeby wybić mu bunty z głowy cwałem. Trwało to zaledwie chwilę, żeby się za bardzo nie zmęczył, ale podziałało. Kilka kolejnych przeszkód przeskoczył bez zarzutu – w pięknym stylu, z odpowiedniej prędkości, wybijając się w idealnym do tego miejscu. Został nawet za to pochwalony, żeby się w końcu nauczył. Przy tych trzech wąskich frontach pogubił się znacznie bardziej niż jego poprzedniczka i zezłościł się, a nawet kilka razy wierzgnął. Audrey musiała na nie najechać jeszcze raz, ale stracili przez to sporo czasu. Baronowi jednak w końcu się to udało, ale zły humor mu pozostał. Nawet woda w jeziorku nie była w stanie  go przekonać, że jest fajnie. Był zły i chciał tylko jak najszybciej skończyć. Może to i dobrze, bo skupił się na skakaniu, ale za każdym razem próbował zrzucić Drey… Ta najtrudniejsza przeszkoda była dla niego wielkim wyzwaniem i amazonka zrobiła wszystko, żeby go do niej przekonać. Co prawda jej się udało, ale miałam wrażenie, że Baron po tym koślawym skoku będzie miał jakąś traumę. Dobiegł do końca zziajany i równie zły. Ale dostał na przeroszenie ode mnie kilka cukierków, więc na rozluźniający kłusik poszedł już nieco mniej obrażony na cały świat.
Co poprawić: eeemm… wszystko? Myślę, że po prostu zostawić wszystko jak jest, ale częściej trenować żeby przyzwyczaił się do zasad. 

Powrót do domu minął nam bardzo miło. Tak jak na początku konie stępowały przed nami, ale były zbyt zmęczone, żeby kombinować. Były grzeczne aż do końca trasy. Postanowiliśmy wypuścić je od razu na padoki, żeby mogły się wytarzać i odpocząć w cieniu drzew. Tak też zrobiliśmy, a sprzęt zabraliśmy ze sobą do stajni.

piątek, 12 sierpnia 2016

37. (cross) Blue Graffiti

Ruska & Blue Graffiti 

Obudziłam się w piękne, słoneczne popołudnie, a pierwszą wykonaną prze mnie czynnością było oczywiście sięgnięcie po telefon. Informacja o kilkunastu nieodebranych połączeniach i jedenastu nieodczytanych wiadomościach od różnych członków załogi rozbudziła mnie w dwie sekundy. 
„Ruska, Biscuita nie ma w boksie, a nikt go nie wyprowadzał.”
„Ruska, Biscuit znowu nawiał, rusz się do stajni!”
„RUSKA, NIE MOŻEMY GO ZNALEŹĆ!”
Na chwilę przestałam oddychać, ale smsy zostały wysłane kilka godzin temu. Zjechałam na sam dół ekranu i otworzyłam ostatni z nich. 
„Był na północnym pastwisku, teraz odsiaduje kare w boksie.”
Uspokojona poszłam wziąć prysznic, po czym przebrałam się w granatowe bryczesy i koszulkę z logo Instytutu. Nie było aż tak tragicznie gorąco. 
W kuchni przywitały mnie mordercze spojrzenia Megan, Chrisa i Zena. Zakładałam taktyczny odwrót, ale jednak byłam zbyt głodna. Z miną niewiniątka wzięłam z lodówki mleko. 
- Ale wszystko dobrze się skończyło – powiedziałam wesoło, uśmiechając się do nich.
Odpowiedzi żadnej nie otrzymałam, toteż gdy tylko mleko się podgrzało posłodziłam je i wlałam do miski z płatkami. Szybko zabrałam jeszcze łyżkę i wyszłam z domu. 
Po drodze do stajni spotkałam Friday, która także miała mi za złe poranną akcję. Przecież wiadomym był fakt, że powinnam pierwsza zwlec się z łóżka i gonić piekielnego konika po okolicy. Wyciszanie telefonu na noc nie było jednak najlepszym pomysłem…
Kiedy weszłam do stajni kilka koni zarżało, kilka z nich ciekawsko wychyliło łepetyny z boksów, żeby powąchać co też dobrego ja tu im przyniosłam. Nie chcąc ich rozczarowywać przyspieszyłam kroku i udałam się prosto na piętro do kuchenki. Tam w spokoju zjadłam śniadanie. 
Wkrótce stwierdziłam, że pogoda jest na tyle ładna i znośna, ze mogłabym wybrać się na jakiś trening crossowy. Szybko zdecydowałam, że Blue Graffiti idealnie nada się na taką okoliczność. W drodze do siodlarni zaplotłam włosy w warkocz, a kiedy dotarłam na miejsce wybrałam czaprak i ochraniacze. Następnie jakoś zabrałam jeszcze siodło skokowe, popręg i ogłowie. 
Blue stał w boksie i zanim jeszcze do niego weszłam chciał mnie lizać po dłoniach. Chwilę postałam przy nim i drapałam go pod brodą, a on zachwycony łaził się do mnie zupełnie jak kocur. Ale nie chciałam tracić czasu, więc przystąpiłam do czyszczenia. Na szczęście konik wyglądał całkiem przyzwoicie i szybko się z tym uporałam. Potem jeszcze tylko kopyta, które to podał bez żadnych „ale” i mogłam go ubierać. Stał w miarę spokojnie, chociaż co jakiś czas odwracał się spoglądając na mnie z zainteresowaniem „a co Ty mi tu zakładasz, Ruska?”. Ledwo dopięłam popręg…
- Schudnij, koniu – poradziłam. - Niedługo będziesz za ciężki żeby w ogóle odbić się od ziemi.
Blue natychmiast odwrócił łeb w stronę okna, udając, że nagle przestał zauważać moją obecność. Westchnęłam i poklepałam go po szyi. 
- Idziemy – zarządziłam dziarsko.
Wyprowadziłam go przed stajnię, gdzie jeszcze spróbowałam podciągnąć ten popręg, ale udało mi się tylko o jedną dziurkę. Rozpieszczałam tego srokatego osła i teraz oboje mamy za swoje… Wytarmosiłam mu grzywkę i wiedział już, że nie ma się o co złościć. 
Wsiadłam ze schodków, a potem delikatnie zebrałam wodze i wypróbowałam strzemiona – były dobre, więc wypchnęłam konika do stępa. Ruszył od razu, był dość chętny do pracy, chociaż jego uszy praktycznie wisiały po bokach. 
Kiedy wyjechaliśmy z dziedzińca i podążyliśmy ścieżką w kierunku pastwisk Blue trochę się ożywił. Szedł żwawiej, postawił uszyska na baczność, uniósł lekko łepetynę i rozglądał się na boki, wyszukując wśród stada swoich kumpli. Co chwilę rżał, oznajmiając im, że właśnie idzie na trening i zamierza dać czadu. 
Na szczęście zachowywał się przy tym wcale nieźle i nie musiałam go upominać. 
Stępowaliśmy tak całą drogę do lasu. Było miło, naprawdę miło. Słońce świeciło, ale co jakiś czas chowało się za chmurami, więc nie było tak gorąco, w czym pomagał jeszcze wietrzyk. Blue Graffiti mężnie szedł na przód, jednym uchem nasłuchując mojego nucenia (miał koń chyba jakąś wadę słuchu, skoro mu to nie przeszkadzało), a drugim wychwytując śpiewy ptaków i inne leśne odgłosy. W końcu wjechaliśmy na odpowiednią ścieżkę do zakłusowania. Ogierowi wystarczył jeden sygnał, by ochoczo przeszedł do szybszego chodu. Zaczęłam sobie spokojnie anglezować, tempo było spokojne, ale nie takie, że można było usnąć. Po prostu spokojne. Co jakiś czas lekko przyspieszałam, czasami specjalnie skręcałam konika w jakąś krętą ścieżynę, żeby trochę się powyginał, albo umyślnie wjeżdżaliśmy na górki, żeby potem móc też z nich zjechać, mając przy tym odrobinę frajdy. Blue uwielbiał górki tak samo jak ja. 
Naszym oczom ukazał się początek toru crossowego, więc lekko zwolniliśmy żeby się tam dostać. Na miejscu zaczęliśmy krążyć między przeszkodami, tam też niedługo później zagalopowaliśmy. To była raczej krótka, acz solidna rozgrzewka. Starałam się jak najbardziej uelastycznić konia, więc zakręty na serpentynach i wolty robiły się coraz ciaśniejsze. 
Na koniec skoczyliśmy dwa razy powalone drzewo. Z jednej i drugiej strony poszło nam świetnie. Blue  niczego się nie bał, ufał mi  i wybijał się na mój sygnał w idealnym miejscu. Pochwaliłam go, a później po chwili galopu i kłusa zwolniliśmy do stępa, by sobie chwilę odpocząć. 
Wyjęłam telefon, gdzie zauważyłam kolejną porcję sms'ów, tym razem pytających, gdzie, do diabła, jestem. Odpisałam Megan, która z pewnością przekaże newsy zainteresowanym. 
Pora na nas. 
Zagalopowaliśmy ze stępa od jednego płynnego sygnału, Blue nie poszło to może znowu aż tak płynnie, ale w sumie jak na niego to było nieźle. Po łagodnym łuku najechaliśmy na pierwszą przeszkodę. Była to wąska imitacja stołu, pomalowana na jaskrawo czerwony kolor. Konie na ogół nie miały z tym problemów, Blue także wcale się nie wahał i mogłam być o niego spokojna. Mimo to zaserwowałam mu delikatny impuls, pokazując najlepsze miejsce do wybicia się. On sam był bardzo silny i chociaż może nie szczególnie lotny, to kiedy  mu zależało – przeskoczyłby wszystko. Po wylądowaniu pochwaliłam go, ale nie zwalnialiśmy. Postanowiłam dziś postawić na szybkość. 
Zaraz wypatrzyliśmy solidną beczkę. Trudność polegałam na wymierzeniu w środek. Blue nigdy nie wyłamywał, ale przy przeszkodach tego rodzaju nie rzadko bardzo potrzebował ode mnie wskazówek. Nakierowałam go łydkami i wodzami najdokładniej jak potrafiłam, a potem trzymałam go w łydkach mocniej, rozszerzając lekko wodze, żeby nie wpadł jednak na pomysł wyminięcia beczki. Ale nie z nim te numery. Skoczył prześlicznie i w doskonałym miejscu. Pochwaliłam go  głosem i cmoknęłam, bo czułam, że chce zwolnić. Posłuchał i w pełnym galopie pokonaliśmy pusty odcinek trasy zanim zeskoczyliśmy z całkiem wysokiego progu do wody. Szczerze mówiąc to zapomniałam, że tam jest jakiś zeskok, myślałam, że zejście jest  łagodne, na szczęście Blue pamiętał. Galop w płytkim, sztucznym jeziorku był dla nas cudownie orzeźwiający. Ale tutaj też czekała na nas przeszkoda – zwyczajna drewniana konstrukcja. Wybiliśmy się w dobrym miejscu, konika poniosła energia i wyrwał w górę z taką siłą, że byłam pewna, że z boku wyglądał jak pegaz. Zaśmiałam się kiedy zaraz po lądowaniu zaczął parskać. Żeby wyjechać z jeziora trzeba było wskoczyć z wody na coś w rodzaju maleńkiego klifu, mniej więcej trzydziestocentymetrowego. Blue poradził z tym sobie z werwą. Zaraz pędziliśmy po trawie w stronę dwóch hydr, pomiędzy którymi znajdował się dołek. Ociekaliśmy wodą, a Blue stwierdził, ze super będzie sobie bryknąć! I bryknął tak, że prawie zmiotło mnie z siodła, ale jakimś zrządzeniem losu utrzymałam się w siodle. Lekko zwolnieliśmy przed tym okserowatym czymś, bo Blue pogubiłby nogi. Skoczyliśmy ładnie, ale porządnie przejechał nogami po gałęziach. Dobrze, że miał ochraniacze. 
Dalej czekał na nas płot. Pierwsza jego część była niczym stacjonata, ale druga przypominała bardziej okser, którego drugą część ktoś z jednej strony połączył ze słupkiem pierwszej. Taka trochę litera „V”. 
Blue poradził sobie z płotem, chociaż musiałam go troszkę zmobilizować. Natomiast wyczuwałam jego wahanie przed „V”. Ostatecznie stwierdziłam, żeby lekko zwiększyć tempo i nie dać mu czasu do namysłu.  
Mocno prowadziłam go do celu, dając wyraziste sygnały, których nie sposób było nie zrozumieć. Miałam wrażenie, że zamknął oczy i po prostu zdał się na mnie, ale udało się! Skoczyliśmy, a koń nawet jednym kopytkiem nie stuknął o belki. Zadowolony z siebie natychmiast się rozluźnił i lekko przyspieszył.
Na takim luźnym koniu przeskoczyłam jeszcze beczkę, hydrę i dwa stoły. Na koniec czekała na nas dziupla. Parę koni dostawało ataku lęku widząc tę przeszkodę, ale Blue był z nią zaprzyjaźniony. Mocno skuliłam się na jego grzbiecie, unikając zderzenia twarzą z gałęziami. Zaraz przyspieszyliśmy i już tak na luźniejszych wodzach popędziliśmy do drzew, wyznaczających koniec tej trasy. Tam zaczęłam klepać konia z szalonym uśmiechem na twarzy, on sam też był szczęśliwy i machał głową oraz odwracał się do mnie żeby pokazać lico prawdziwego wojownika. Takim naprawdę luźnych, mega zrelaksowanym kłusikiem pokonaliśmy chyba 2/3 drogi do domu. Stwierdziłam, że stępa było trochę mało na koniec i spacerowaliśmy sobie jeszcze po posiadłości, doglądając majątku, udając szlachetnie urodzonego rycerza i szlachetnie urodzonego konia rycerza. Po zabawie zdjęłam mu sprzęt na zewnątrz, a potem zaprowadziłam do boksu. Kiedy schowałam suchy sprzęt, a ochraniacze i czaprak powiesiłam na balkonie kuchenki wróciłam do boksu konia. Zdążył się już wytarzać i teraz był cały w trocinach. Starałam się tego nie skomentować i tylko podarowałam mu marchewkę. 
Miałam wracać na górę, kiedy w zasięgu wzroku pojawiła się Megan. Nie wyglądała już na złą, więc zaryzykowałam uśmiech i wesołe „hej”.
- No hej, hej. Jak trening?
- Super, naprawdę! Blue się spisał na medal. Wieczorem może jeszcze wezmę Starky w teren, bo Amelia wspominała, że cały dzień jej dziś nie będzie.
- Hmm, a co gdybym wzięła Carte Blanche i pojechała z tobą? O, a później możemy zahaczyć o sklep i dokupić popcornu. Dlaczego nikt nie może zrozumieć, ze to podstawowe wyposażenie spiżarni. Popcorn zawsze musi być w domu. Zawsze. - Odeszła złorzecząc na zjadaczy popcornu. 

czwartek, 3 grudnia 2015

7. (cross) Rusałka, Angelique Trouble

Ruska - Rusałka

Poranek okazał się być ponury i smutny, dlatego dopiero koło godziny 13 ruszyliśmy tyłki sprzed telewizora i zaczęliśmy myśleć o ewentualnych treningach. Szłam w stronę stajni z Megan i Lilią, gawędząc sobie o szczeniakach, które niedługo na świat wydać miała Elsa. 
- Skoro zatrzymamy dwa... to będę mogła wziąć jednego? - zapytała Meg.
- Nie sądzę, żeby taka niewinna istotka była w stanie przetrwać u twojego boku – odpowiedziała za mnie Lilia, posyłając dziewczynie smutny uśmiech i pełne politowanie spojrzenie.
Ruda prychnęła pod nosem i przyspieszyła kroku.
- Chyba wezmę Angie na tor crossowy – powiedziała Lil, zerkając na mnie, jakby chciała mnie zmusić samym spojrzeniem do przyłączenia się.
- Wiesz co... właściwie to mogłabym sobie osiodłać Rusałkę. Przyda się jej wyszaleć.
- To świetnie! Wyrobisz się w 10 minut?
- Raczej tak. Tylko jeszcze złapię Friday i już ubieram konia.
Skinęła głową, a że akurat dotarłyśmy do stajni, rozdzieliłyśmy się. Udałam się do masztalerki i tam też spotkałam Fri. 
- Kochana, ja jadę na trening, więc nie wiem czy wyrobię się na drugą, żeby ci pomóc z tymi zakupami...
- Mam poczekać czy brać kogoś innego? - zapytała, przecierając szmateczką ogłowie Crypto.
- To zależy czy masz czas, ale ja chcę jechać, także...
- Ok, jedź, ale pospiesz się.
- Dzięki! - Uśmiechnęłam się i przy okazji zabrałam sprzęt Rusałki. Brązowe siodło, brązowe zwykłe ogłowie, czaprak w truskawki, podkładkę i brązowe ochraniacze. Tak wyposażona ruszyłam do boksu siwej i rozstawiłam to sobie na stelażu. Ze skrzynki zabrałam szczotki i kopystkę i weszłam do boksu klaczy.
- Cześć, malutka. Jak tam dzisiaj? - zapytałam zaciekawiona, oglądając stan jej sierści.
Jak na nią, czyściutka! Parę razy przeciągnęłam szczotką, potem przeczesałam grzywę, z ogona wybrałam odrobinki ściółki, a na koniec wyczyściłam kopyta.  Rus była w miarę grzeczna i nie przeszkadzała. Później, kiedy zaczęłam zakładać sprzęt, już mniej podobała się jej koncepcja „człowiek w moim boksie”, ale starała się zachować zimną krew. Po kilku minutach wyprowadziłam ją z boksu, a potem ze stajni. Lilii jeszcze nie było, więc przysiadłam na schodkach i miziałam Rusałkę po chrapkach. Po chwili relaksu usłyszałyśmy zdecydowane kroki Angelique Trouble, a po chwili zobaczyłyśmy ją we własnej osobie, ciągnącą za sobą Lilię. 
Wsiadłyśmy na nasze kobyły, które musiały się obowiązkowo obwąchać, a po chwili na poprawianie strzemion ruszyłyśmy w stronę lasu. 
Z początku koniska były poddenerwowane, a raczej podekscytowane wyjściem ze stajni i spacerem między  pastwiskami. Ciężko było nad nimi zapanować, ale udawało nam się to w jakimś w miarę satysfakcjonującym stopniu. Kiedy tylko wjechałyśmy między drzewa ruszyłyśmy kłusikiem. Wolnym, relaksującym truchtem. 
Klaczki były już trochę bardziej skupione na nas, ale i tak czuło się, że są pełne energii i chętnie odstawiłyby jakiś numer. Angie, jak to Angie, nie raz próbowała wyrwać Lilii wodze, albo przyspieszała tak, by wyprzedzić mnie, a jeśli się nie udawało, to wjeżdżała siwej w zad. Później trochę stonowała, najwyraźniej Lil się na nią wzięła. Trochę przyspieszyłyśmy, kiedy wjechałyśmy w kręte ścieżki, które prowadziły przez leśne górki i dolinki. Uwielbiałam tę trasę, konie zresztą też. 
Po mniej więcej dziesięciu, może piętnastu minutach drogi, dojechałyśmy na tor crossowy. Zdecydowałyśmy się rozgrzać konie w dwóch zupełnie różnych miejscach, z czego każda z nas miała do dyspozycji jedną, niską przeszkodę. Klacze były zbyt podekscytowane, by wymagać od nich nie wiadomo czego, więc starałyśmy się je po prostu dobrze porozciągać i jakoś ułożyć, żeby nie pozwalały sobie na zbyt wiele. 
Rus była ciężka do ogarnięcia, cały czas podnosiła głowę i przyspieszała od najlżejszego sygnału, a często i nawet bez niego. Dopiero po dłuższej chwili zaczęła słuchać i pracować jak trzeba. 
Kątem oka widziałam, że Angelique tez zaczynała się relaksować i nie była taka nerwowa. Ładnie się zganaszowała i wykonywała polecenia, z rzadka wyrywając amazonce wodze, albo specjalnie zwalniając. Standard. 
Najechałam na przeszkodę, pilnując, by Rusałka nie uciekła w bok, chociaż była to dość nieprawdopodobna wersja wydarzeń. I miałam rację, bo skoczyła pięknie i nawet za bardzo nie leciała na przeszkodę. Dałam jej chwilę przerwy, kiedy to patrzyłam jak Angie wykonuje swój pierwszy skok i uśmiechnęłam się, bo poszło jej tak samo dobrze. 
Postanowiłyśmy, że czas na właściwy przejazd. Angie i Lilia miały jechać pierwsze. 
Haflingerka była, jak na siebie, spokojna i opanowała, więc kiedy ruszyły i najechały na pierwszą przeszkodę, poszło im rewelacyjnie i bez nerwów. Dopiero później zrozumiała, że to już i że jedzie na poważnie, więc znowu dała się ponieść emocjom. Mimo wszystko zachowywała się w miarę dobrze, Lil uważała na nią i pilnowała.
Dzięki temu świetnie poradziły sobie z dość wysokim żywopłotem. Dopiero przy trzeciej przeszkodzie zauważyłam drobne wahanie, kiedy na drodze klaczy stanęła dziwna konstrukcja w kształcie pirackiego okrętu. Nie miała pewności co do flag, ale ostatecznie nie dała z siebie zrobić tchórza i dzielnie przeleciała nad pokładem. Lilia prawie niezauważalnie poklepała ją po szyi, ale nie zwolniły ani na chwilę. Pędziły przez las, gdzie czekał na nich strumień, ale nie mogłam zobaczyć, jak im poszło. 
Kiedy wyłoniły się zza drzew wyglądały na zdeterminowane i bez cienia zwątpienia wskoczyły do jeziorka z wysokiego progu. W wodzie znajdowały się dwie małe beczki, a że klaczka dostała dodatkowej dawki energii dzięki robieniu fal, przeskoczyła je z imponującym zapasem. Podziwiałam jej wytrwałość, bo cały czas utrzymywała świetne tempo, przy czym widocznie nie traciła na siłach. 
Wskoczyła na próg niemal bez wysiłku i nawet przyspieszyła, gdy znalazła się na odcinku pustej drogi. Przejechały obok nas, by po chwili zaatakować nieduży płotek. Dalej czekał na nie łukowaty mostek. Angie idealnie wymierzyła i z silnym wybiciem poszybowała nad samym środkiem przeszkody. Dopiero nad dziwną, trójkątną konstrukcją pokazała wahanie, ale silna łydka Lilii szybko pozbawiła ją złudzeń. Trochę koślawo, ale z impetem, przeskoczyła i pogalopowała dalej. Aż do końca szło jej idealnie, a gdy dojechała do mety została wyklepana i wychwalona przez amazonkę. 
To był tez znak dla nas. Spięłam siwkę, która zaczęła się już nudzić, do galopu i najechałyśmy na pierwszą przeszkodę w postaci kłosy. Rusałka była trochę ospała i ledwo się wybiła, ale po oddanym skoku pięknie się obudziła i sama z siebie przyspieszyła. Powiedziałam do niej, że jest dobrym koniem, co zaowocowało radosnym zarzuceniem grzywy, przez co omal nie wywaliłyśmy się na zakręcie. Mój majestatyczny rumak jednak nic sobie z tego nie robił i biegł dalej, by wkrótce spotkać się z żywopłotem. Tutaj poradziła sobie lepiej, z bardziej zadowalającą techniką. Rośliny przeczesały jej kopyta, ale nie szkodziło. Pojechałyśmy prosto na okręt. Rusałka też nie do końca pochwalała pomysł na taki wygląd przeszkody, ale mocno jej pilnowałam, nie dałam uciec i zachęcałam do skoku. Udało nam się i to naprawdę ładnie. Wyciągnęła szyję, podkurczyła nóżki i czułam, że jesteśmy dużo wyżej niż potrzeba. Może to przez to, że tak się tego bała. 
Pochwaliłam ją i pozwoliłam trochę zwolnić, żeby za szybko się nie wykończyła. Wjechałyśmy do małego lasku i gdyby nie mój sygnał, koń pewnie przegapiłby strumień i w niego wpadł, bo patrzył nie tam gdzie trzeba... Ale najważniejsze, że się udało. Cieszyłam się, że przed nami jeziorko, bo było naprawdę gorąco, kiedy musiałam uważać za siebie i za klacz, która traktowała to trochę zbyt beztrosko. Zeskok z progu był ekstremalny i mocno trzęsło, ale zaraz potem poczułyśmy się świetnie. Byłyśmy całe w wodzie i super. Rusałki nie musiałam nawet zachęcać do skoków przez beczki i dopiero przy wskoczeniu na brzeg użyłam trochę więcej siły perswazji. Miałyśmy przed sobą pusty kawałek, więc przyspieszyłyśmy, a że wciąż całe mokre i wesołe, to siwce ten plan się zupełnie spodobał i uruchomiła w zadku turbo-dopalanie. Zwolniłyśmy przed płotkiem, przed którym poczułam wahanie ze strony klaczy, ale poradziłyśmy sobie. Chyba krzywo i dziwnie, ale poradziłyśmy sobie... Nad mostkiem za to zaprezentowała się świetnie i była o wiele pewniejsza. To dziwne drewniane coś z kolei zupełnie jej nie obeszło i bez najmniejszego problemu wybiła się i to nawet w odpowiednim miejscu. Kolejnych kilka przeszkód poszło świetnie i mimo że klacz robiła się coraz bardziej zmęczona i nasz galop był stosunkowo wolny, to same skoki oddawała wspaniale. 
Lilia rozkłusowała i rozstępowania już Angie, więc zrobiłam tylko dwa małe okrążenia wokół kilku przeszkód w kłusie, a potem stępem wróciłyśmy do stajni. Obydwie panny były zbyt wykończone by dokazywać, więc prawie cały czas szły na luźniejszej wodzy, sterowane łydkami i dosiadem. 
Od razu puściłyśmy je dwie na padok, bo pogoda zrobiła się całkiem ładna, a sprzęt zaniosłyśmy do masztalerki. Czapraczki zostały ładnie powieszone na suszarkę, a wędzidła umyte pod kranem.