Pokazywanie postów oznaczonych etykietą western. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą western. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 lutego 2016

17. (trail) Poison Deal

Bernice - Poison Deal
Ruska, Natalie

sprzęt: siodło, ogłowie, pad

Nigdy nie było u nas trailowych koni, więc gdy takowy w końcu się pojawił, zajęliśmy się tworzeniem odpowiednich przeszkód. Przez kilka dni wieczorami zbieraliśmy się na małej hali i budowaliśmy wszelkiego rodzaju mostki, równoważnie, bramki i cuda niewidy.
We wtorek rano zdecydowaliśmy, że czas je wypróbować. 
Bernice razem ze mną i Natalie udała się do boksu Poisona. Ogier był w dobrym nastroju i chętnie przywitał nas u siebie. Myślę, że przyzwyczaił się już do nowego domu i nawet znalazł sobie kumpla – Bellamy'ego.   Szczotkowanie poszło szybko i sprawnie, bo koń należał do tych, które rzadko się kładą, dzięki czemu dłużej zachowują czystość. Później przyszła pora na sprzęt. Kiedy koń był gotowy – ruszyliśmy całą grupą na halę, gdzie Chris i Blaze kończyli ustawianie przeszkód. 
- No to powodzenia – powiedziałam do Bernice, która w odpowiedzi jedynie się uśmiechnęła i raz dwa wskoczyła na swojego wierzchowca. Ścisnęła go łydkami, nie zbierając wodzy. Koń ruszył powolutku, zupełnie nie widząc powodu do pośpiechu. Ciekawie zerkał w kierunku wszystkich tych konstrukcji, przez co czasami się zapominał i schodził ze ścieżki, którą wyznaczyła amazonka. Po całym okrążeniu takiego spacerku przyszedł czas na pierwsze ćwiczenia. Z początku było to po prostu przypomnienie sobie jak reagować na różne sygnały, bowiem Poison już od jakiegoś czasu nie miał na grzbiecie jeźdźca. Pojawiły się więc wielkie wolty i przekątne oraz zatrzymania. Koń szedł powolnym stępem, trzymając głowę mniej więcej na tej samej wysokości, co jego klatka piersiowa. Nat powiedziała mi że tak właśnie powinien iść, a ja nie miałam powodów by jej nie wierzyć.
Kiedy już było jasne, że  ogier doskonale pamięta co powinien robić, Bernice przeszła do odrobinę bardziej zaawansowanych ćwiczeń. Mam tu na myśli cofania, a także zwroty na zadzie i przodzie. Przyznam szczerze, że Poison wykonywał je bez „zająknięcia”, od razu poprawnie i   zupełnie na luzie. Wyglądał jak koń, który nie przejąłby się nawet wtedy, gdyby pod jego kopytami  rozstąpiła się ziemia. Ale to bardzo, bardzo dobrze. Takiemu wierzchowcowi można zaufać, bo wiadomo, że się nie spłoszy, ani nie zrobi nic nieoczekiwanego.
Bernice lekkim impulsem wymogła na ogierze przejście do jogu. Koń nie zmienił swojej postawy, a jego kroki były bardzo płynne, a po uśmiechu Natalie, stojącej obok mnie, uznałam, że to bardzo poprawnie. 
I tak samo jak wcześniej – po wykonaniu pełnego okrążenia zaczęli robić ćwiczenia takie jak wolty i przekątne, na których przyspieszali do kłusa oraz wszelkiego rodzaju serpentyny i slalomy wokół wszystkich przeszkód, których swoją drogą trochę tam było. Ale koń nie bał się niczego, czasami tylko zerkał, czy odwracał głowę, żeby powąchać. W pewnym momencie płynni przeszli w lope. Zachwycała mnie lekkość z laką ten koń potrafił płynąć nad ziemią, będąc zupełnie zrelaksowanym. 
Porobili trochę nagłych zwrotów i dużo, dużo zakrętów wokół różnych przeszkód. Dopiero później Nat wpadła na to, że w magazynku mamy jeszcze pachołki drogowe. Ustawiła je według instrukcji Bernice, dzięki czemu dziewczyna mogła ćwiczyć swobodniej. 
Poison chyba dobrze się bawił, bo wcale nie okazywał buntów i przyspieszał od delikatnej łydki. Pięknie i szybko reagował także na inne sygnały. Naprawdę się starał. Jeszcze trochę pogalopowali, żeby wybiegać konia, a później przyszedł czas na pokonywanie toru. Bernice zwolniła konia do stępa i podjechała do bramki, która została przyczepiona do czegoś, co przypominało metalowy stojak na przeszkody, a z drugiej połączona zasuwą z czymś, co było lżejszą wersją wspomnianego. Koń posłusznie stanął i pozwolił jej na otworzenie bramki, po czym prześlizgnęli się na drugą stronę. Zawrócili w miejscu i spokojnie zamknęli bramkę. 
Dalej znajdowały się drążki, z tymże ostatni ustawiony trochę dalej i dwadzieścia centymetrów nad ziemią. Bernice wypchnęła konia do kłusa i sprawnie pokonali te leżące na ziemi, a później przeskoczyli przez ostatni i zwolnili, żeby wejść na mostek. 
To był zwyczajny, lekko wypukły mostek, zbudowany tak, by kopyta się z niego nie ześlizgiwały. Poison miał lekkie obawy, co powinien zrobić, ale jasne sygnały Bernice pomogły u podjąć decyzję. Wszedł na samą górę (jakieś 30 cm nad ziemią), a na szczycie zatrzymali się i wykonali zwrot na zadzie. Powierzchnia była na tyle szeroka, że zrobili to bez problemu, chociaż było widać, że koń napina wszystkie mięśnie i nie jest to dla niego zupełnie łatwe. 
Następnie wybrali równoważnię. To była zwyczajna szeroka i długa deska, która przyczepiona została do półokrągłego pieńka. Koń pewnie wszedł na nią, ale kiedy doszedł do środka, koniec deski, który wcześniej był na górze, opadł na ziemie, co trochę go zaskoczyło. Ale nie dał sobie dużo czasu do namysłu i znowu ruszył przed siebie, schodząc na ziemie. Bernice poklepała go z uśmiechem i przyspieszyła do jogu. Znowu najechali na drążki, ale to nie były byle jakie drążki – zostały ułożone na planie półokręgu. To były cztery belki, które stykały się ze sobą jednym końcem. Koń nie wiedział dokładnie jak to zrobić, ale ponownie zareagowała Bernice, która używając odpowiednich sygnałów, pomogła mu przez to przejść. Musiał iść wygięciu i chociaż lekko usztywnił się, nie będąc w 100% pewnym, czy dobrze robi, to jednak wykonał ćwiczenie ładnie. 
Dalej były schody. Po trzy stopnie z jednej i trzy stopnie z drugiej strony – każdy odpowiednio duży, żeby koń przypadkiem nie spadł, a najwyższy znajdował się jakieś 40 cm nad ziemią. Bernice zwolniła do stępa i mocniej zadziałała łydkami, by nakłonić konia do wspinaczki. Ten ochoczo wszedł na pierwszy stopień, później drugi i trzeci po czym się zatrzymał. Z zejściem miał już lekki problem. Ale i tym razem po otrzymaniu jasnych, mocnych sygnałów odważył się na wykonanie tych kilku kroków na dół. Widać było, że sprawia mu to problem, ale poradził sobie znakomicie. Kiedy amazonka poklepała go po szyi i potargała grzywę, od razu się ożywił. Wjechali jeszcze na szlak, który został ogrodzony kolorowymi belkami. Miał może pół metra szerokości. Koń chętnie wszedł między drągi i szedł we wskazanym kierunku. Kiedy trzeba było zakręcić w miejscu – robił to bez wahania. W kilku miejscach musiał się także cofnąć i przejechać nieduży odcinek tyłem – to też wykonywał od razu. Bernice postanowiła, że przydałoby się jeszcze wrócić na równoważnię, tylko przejechać przez nią tyłem. Dla Poison było to pewnie wyzwanie, ale nie dał tego po sobie poznać. Ufnie wszedł na deskę tyłem i szedł tak, dopóki się nie poruszyła. Wtedy na chwilę zamarł, ale uspokajający głos amazonki w końcu przekonał go, że trzeba iść dalej, skoro zaszło się tak daleko. I poszedł.  Został za to nagrodzony fala radości, a później odrobiną galopu na rozluźnienie. Pojeździli sobie jeszcze po prostych drążkach i między stożkami, ale szybko zwolnili do stępa. Po kilku minutach odprowadziliśmy naszego dzielnego rumaka do stajni.

sobota, 30 stycznia 2016

13. (barrel racing) Charming White Gun

Harry - Charming White Gun
Ruska

sprzęt: siodło, pad, ogłowie, ochraniacze

Od kilku dni niemal bez przerwy padał śnieg, toteż mała i duża hala były zawsze zapchane. Nigdzie indziej nie dało się pojeździć koni, chyba, że ktoś lubi pomykać sobie na czworoboku w półtorej metrowych zaspach. Jednak nikt nie lubił. 
Harry postanowił, że czas wziąć się za Charminga, który przyjechał wcale nie tak dawno, a jeszcze nie miał okazji pokazać na co go tak naprawdę stać. Hala była zamówiona na dwunastą, więc dwadzieścia minut przed czasem ruszyliśmy sobie do stajni, by przygotować rumaka.
Byłam tak, ponieważ i tak nie miałam nic ciekawego do roboty.
Charm stał w boksie i wcinał siano, wyglądając jak siódme nieszczęście. Rano Chris wyprowadził go na padok, gdzie musiał z lubością wytarzać się w czymś brudnym i śmierdzącym. Nie zrażaliśmy się – złapaliśmy za szczotki i czyściliśmy go tak długo, aż upewniliśmy się, że jego maść jest naprawdę siwa. Kiedy czyściłam kopyta, Harry poleciał po sprzęt, po czym założył go i mogliśmy ruszać. 
Na hali panowało przyjemne ciepełko, było jasno, a beczki zostały wcześniej przygotowane przez Zena. Usiadłam sobie w pierwszym rzędzie na trybunach, by mieć dobry widok na parę. 
Tymczasem Harrison wskoczył już w siodło i ruszył stępem. Charming był widocznie ospały i nie za bardzo miał ochotę na jakikolwiek wysiłek, czego nie omieszkał pokazywać przez wyciąganie szyi jak daleko tylko potrafił, zatrzymywanie się, odbijanie na boki, plątanie nóg… Szczerze wątpiłam, że coś dzisiaj z tego będzie, no ale staram się być optymistką, więc nie wypowiadałam swoich myśli na głos, licząc jeszcze na promyczek nadziei. 
Konik nie miał najmniejszej ochoty na żwawy marsz. Harry musiał go co chwilę popędzać. Próbował go też zainteresować poprzez wykonywanie wielu ćwiczeń, takich jak serpentyny, cofanie czy zwroty. Wtedy na krótką chwilę mogłam zobaczyć postawione uszy i szybsze tempo, ale to i tak było jeszcze mało. Przejście do jogu wyglądało bardzo ładnie, mega płynnie. Koń czuł się w tym tempie bardzo dobrze, a po minie Harry'ego stwierdziłam, że i jemu podoba się takie bujanie. Ale nie mogło być zbyt miło. Po jednym okrążeniu w każdą stronę przyszedł czas na ambitniejsze rzeczy – wolty, połwolty, slalomy między beczkami, serpentyny. W międzyczasie przyspieszyli do kłusa. Chodziło o to, by koń jak najlepiej się rozgrzał, poprzez wyginanie całego ciała. 
Po dziesięciu minutach takiej pracy przyszedł czas na galop. Koń nie miał za bardzo ochoty na taką bieganinę, ale jak mus to mus. Zdziwił się, kiedy Harry popędzał go coraz bardziej i w końcu, po raz pierwszy tego dnia, widziałam jak Charm sam z siebie, w pełni zdrowy na umyśle, chętnie ruszył dzikim galopem! Zdarzyło mu się nawet raz bryknąć, przy czym zarzucił grzywą jak rasowy mustang z dzikiej doliny. To było mu potrzebne – rozbudził się na dobre. Od tej pory szedł już żwawo, był grzeczny, kontaktowy i chętny do wykonywania kolejnych ćwiczeń. Zrobili sobie kilka lotnych, ale przede wszystkim zwracali uwagę na te wygięcia. Jak najwięcej i jak najciaśniej. 
Po rozgrzewce zwolnili do stępa, żeby trochę odsapnąć. 
- I co myślisz? - zapytałam ciekawa opinii eksperta.
- Miękko nosi, ale ciężko go zmobilizować – odpowiedział z grymasem na twarzy. - Nie wiem jeszcze jak to będzie z tymi beczkami. Na razie się obudził, ale zobaczymy…
Chyba nie był w pełni zadowolony z umiejętności ogiera. 
- Ale chociaż jest piękny – powiedziała, by go pocieszyć, na co parsknął śmiechem.
- Tak, piękny jest, ale wyglądem nie wygra zawodów.
Puściłam tę uwagę mimo uszu. Byłam zachwycona Charmingiem, gdy się urodził, byłam nim zachwycona, gdy dorósł, tak samo uwielbiałam go, gdy go kupiłam i tak samo kocham go teraz, kiedy może nie prezentuje się jak sportowiec roku. 
Po kilku chwilach zakłusowali. To był moment na wyjęcie stopera, co też szybko uczyniłam. Przez chwilę przypominali sobie jeszcze jak to trzeba reagować na konkretne sygnały, bowiem Harry lubił być pewny swojego wierzchowca. W końcu ustawili się na domyślnej linii startu i wio! 
Charm ruszył z kopyta z taką energią, że aż sam jeździec nie mógł się temu nadziwić. Ale szybko odzyskał równowagę i nieco zwolnił konia, by mieć nad nim większą kontrolę. Postawili na dokładność. Konikowi nie podobało się to tak bardzo i próbował się buntować, ale okrążając pierwszą beczkę słuchał się już jeźdźca. Utrzymywali się na łagodnym łuku, nie próbując nawet nadrabiać czasu zbliżeniem się do beczki. Dzięki temu ona nawet się nie zachwiała. Podobnie było z drugą. Jechali wolniej, ale bardzo uważali na to co robią. Każdy ruch wydawał się być dobrze przemyślany, a każdy krok obliczony. Koń przestał już się kłócić i teraz bez słowa sprzeciwu wykonywał każde polecenie. Słuchał i działał na podstawie instrukcji. Trzecia beczka również nie odważyła się poruszyć, kiedy para okrążała ją na zaplanowanej ścieżce. Zaraz po zakręcie przyspieszyli jak tylko się dało i dobiegli do miejsca, gdzie wymyśliliśmy sobie metę.
Zwolnili do kłusa, a Harry poklepał parskającego konia po szyi. Kiedy tylko podjechali do mnie, pokazałam stoper.
- No, nie jest źle. Zaraz spróbujemy agresywniej.
– A jak on się zachowuje?…
- Dobrze. Naprawdę dobrze. Spodziewałem się pchania i uważania na pięćdziesiąt rzeczy naraz, ale on dobrze mnie wyczuwa i co najważniejsze – słucha o co się go prosi – odpowiedział z uśmiechem.
Oj widać było, że już są kumplami. Ile to może zmienić jeden przejazd. 
Po przerwie przyszedł czas na powtórkę z rozrywki. Charm nie był jeszcze tak zmęczony i właściwie wciąż buzowała w nim energia, więc mogli sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa. Widziałam jak Harry się cieszy, bo koń mu podpasował i będzie mógł iść na całość. 
I poszli! Ruszyli mega szybkim galopem, ale tym razem jeździec był na to przygotowany. Kilka metrów przed pierwszą beczką lekko zwolnił, ale i tak była moc i była niezła prędkość. Beczka chyba bała się poruszyć, zaskoczona taką zmianą w zachowaniu. Charm przeżywał właśnie pełnię szczęścia, mogąc wyżyć się wyżyć całym sobą. Ciągle uważali na to, co robią, wyginali się jak tylko mogli, ale jednak liczyła się zabawa. Dopadli do drugiej beczki, która przez pęd i wiatr, jaki wywoływali, śmiała się poruszyć. Na szczęście to było tylko lekkie przechylenie i zaraz wróciła do pionu. Trzecia nie była aż tak łaskawa i gdy Charming dotarł do niej z jeszcze większą prędkością, prawie się przewróciła. Zrobiłaby to, gdyby Harry nie pomógł jej ręką wrócić do pierwotnej pozycji. Zadowoleni z siebie ruszyli do mety, którą przekroczyli cwałem i jeszcze przez całe okrążenie lecieli jak dwa wariaty na skrzydłach głupoty. Wtedy koń został zdrowo oklepany przez szczęśliwego jeźdźca. W końcu zwolnili do kłusa i tak przez chwilę sobie biegali, to w tę, to wew tę. 
Na rozluźnienie poszły jeszcze jakieś wężyki, przekątne, większa serpentyna… Na koniec dużo stępa. I dopiero wtedy Harry odważył się podjechać by zobaczyć wynik. Kiedy pokazałam mu stopem wyszczerzył się w głupkowatym uśmiechu i wytargał grzywę rumaka. 
- Może rekordu Wakandy nie pobił, ale zapowiada się świetnie.
Zaprowadziliśmy zmęczonego, ale szczęśliwego konia do stajni. Na obiad dostał kilka jabłek ekstra, bo oczywiście zasłużył sobie. 

czwartek, 22 października 2015

5. (western) Wakanda Deal

Cora - Wakanda Deal
Ruska, Harry

Czekałam na trybunie na hali, bawiąc się telefonem. Znalazłam jakieś stare gry, przeglądałam tysiąc zdjęć moich koni... W końcu do środka weszła Cora, prowadząca Wakandę za wodze. Ogier cicho zarżał na przywitanie, a potem rozejrzał się po ogromnym pomieszczeniu. Jako że na dworze było już ciemno, paliły się tu światła. 
Harry zamknął drzwi i ruszył w moją stronę, by usiąść dwa miejsca dalej. Czekał na kolejną dawkę przeprosin. 
Tymczasem Cora podciągnęła popręg i wsiadła w tym samym momencie, w którym koń ruszył stępem. Zatrzymała go, odczekała chwilę, a później sama poprosiła by zaczął stępować. Wjechała na pierwszy ślad i na razie na luźnej wodzy prowadziła go naokoło. 
Konik był zachwycony, słychać było każde jego parsknięcie. Uszy miał postawione na sztorc, głowę trzymał raczej bliżej ziemi i co jakiś czas trzepał nią, odpędzając się od niewidzialnych much. Czasami wyciągał pyszczek, sprawdzając jak długo zajmie mu wyciągnięcie wodzy z ręki amazonki. Nigdy się nie udało. 
Kręcili się w tym stępiku przez jakiś czas, raz w jedną stronę, a raz w drugą. Nie minęło długo czasu, zanim zaczęli wykonywać wolty i półwolty. Do programu zajęć szybko weszły także serpentyny i slalom między pachołkami drogowymi. Wakanda od razu załapał o co chodzi i starał się jak tylko potrafił. Cora sterowała nim głównie łydkami i dosiadem, pilnując by nie robił niczego na odwal się. Ale ogier nawet o tym nie pomyślał, zaangażował się i chodził między pomarańczowymi stożkami tak, jakby od tego zależały losy świata. 
Często był chwalony, dzięki czemu starał się jeszcze bardziej i chętnie wykonywał polecenia. Po rozgrzewce w stępie przyszedł czas na kłus. Cora przygotowała go i płynnie zakłusowała w wyznaczonym przez siebie miejscu. Wakanda nie poleciał przed siebie na łeb na szyję, co było miłą niespodzianką. Niespiesznie truchtał sobie po pierwszym śladzie, relaksując się spokojnym treningiem. Trochę mnie tym zaskoczył, bo zwykle podczas treningu budziła się jego diabelska natura. Może to przez późną porę. 
Cora trochę go po pogoiła, usilnie dawała mu łydkami regularne impulsy, a koń odebrał to prawidłowo i mocno przyspieszył. Wykonali całe pełne okrążenie bardzo szybkim kłusem, a potem zmienili kierunek przez przekątną i zrobili to samo na drugą stronę. To pomogło Wakandzie się rozbudzić. Gotowy do konkretnej pracy nabrał trochę werwy i zaczął nawet mieć swoje zdanie. Raz po raz machał głową, czasem odsadził się w bok – ot, dla zasady. Nie zmienia to faktu, że był czujny na pomoce i gdy tylko Cora chciała wyegzekwować od niego jakiś ruch – od razu go wykonywał. 
Przejechali przez drążki bez puknięcia, a potem nieco zwolnili by uporać się z pachołkami. 
Wakanda był już całkiem sterowny i radził sobie świetnie. Wykonywali masę wolt i serpentyn oraz slalomów. Często zmieniali tempo i ćwiczyli refleks. 
W końcu zagalopowali. Konik tak się ucieszył, że bryknął raz i drugi, ale później był już grzeczny. Co prawda Cora musiała go mocno pilnować, bo najchętniej wystrzeliłby przed siebie, niczym kula armatnia, ale dawali radę. Rozgrzali się, porobili parę ćwiczeń, aż w końcu zwolnili do stępa  by odetchnął. Cora pokazała Wakandzie beczki, które niby już dobrze znał, ale i tak sobie je obwąchał. 
Po krótkiej przerwie spojrzała porozumiewawczo na Harry'ego, który skinął głową i wyjął z kieszeni swój sfatygowany telefon, coby zmierzyć parze czas. 
Cora zagalopowała, a że Wakanda wiedział już co się święci, był podekscytowany i co za tym idzie trochę problemowy. Nie mógł się doczekać, przyspieszał, wyrywał wodze. Wykonali małe okrążenie w wolnym galopie, co miało pomóc ogierowi trochę się opanować. 
W końcu ruszyli w stronę pierwszej beczki. Rozpędzali się z każdą sekundą. Cora robiła duże zakręty, pozostając w sporej odległości od beczki. Bała się, że za pierwszym razem koń będzie zbyt nieuważny. I miała rację bo ciągle wydawał dziwne dźwięki, a głowie buzowała tylko jedna myśl: „szybciej!”. Nie zwracał uwagi na beczułki, ani właściwie na nic innego. 
Amazonka musiała być ostrożna i pewna siebie, by przemówić ogierowi do rozumu. Druga beczka spadłaby, gdyby Cora jej nie przytrzymała. Przy trzeciej zakręt był jeszcze bardziej obszerny. 
Zwolnili do kłusa, a Harry pokazał Corze czas, na co ona pokręciła głową, niby to nie tragicznie, ale też nie kolorowo. 
Po chwili przerwy spróbowali jeszcze raz, ale widać było że to napięcie zeszło już z Wakandy i teraz koń był bardziej otwarty na sugestie amazonki. 
Jedno ucho zwrócił w jej kierunku, drugie postawił jak antenkę i jazda. Ruszył z kopyta, tempo miał naprawdę rewelacyjne, a tym razem uważał na to co robi i bardziej się zaangażował. Pięknie wyginał się wokół beczek, zupełnie jakby aspirował do miana pana podkówki. Szybko przeszedł do drugiej beczki, a później do trzeciej i zanim zdążyliśmy się naprawdę zachwycić, skończył przejazd. Cora porządnie go wyklepała i nie oszczędzała pochwał. Kiedy zobaczyła ciąg cyferek na wyświetlaczu telefonu uśmiechnęła się jeszcze szerzej. 
- No! - wykrzyknęła radośnie – I o to mi chodziło!
- Jedziesz jeszcze raz? - zapytał Harry.
- Nie, wolę skończyć na dobrym. On i tak miał ostatnio sporo roboty.
Ruszyła wolnym kłusikiem dookoła hali. Co jakiś czas zrobili jeszcze woltkę albo wężyka, ale to już tak dla relaksu. 
- Harryyy... - zagadnęłam, przysiadając się bliżej.
Posłał mi tylko groźne spojrzenie, ale słowem się nie odezwał. 
- Przepraszam. Naprawdę bardzo, bardzo przepraszam. Za dużo mam na głowie ostatnio, nie chciałam jej sprzedawać. Teraz to już nawet nie będę mogła, bo zmienia właściciela...
Zerknął na mnie, ale nadal cisza. 
- Jest twoja. Masz swojego własnego, zbuntowanego konia. Jestem ci to winna, za wszystko.
W końcu  zmienił minę z naburmuszonego dzieciaka na trochę bardziej zaskoczonego naburmuszonego dzieciaka.
- Serio? - wykrztusił.
- Serio, serio. Ale wiesz, nie będę ci finansować startów, na to sobie musisz zarobić, nie mniej jednak koń jest za darmo.
Szturchnęłam go w ramię. 
- Tylko już się nie gniewaj, potrzebujemy cię tu.
W końcu się uśmiechnął! Także Felicia zmieniła właściciela, a ja odzyskałam kumpla. 
Cora skończyła rozstępowywać Wakandę, zeskoczyła na ziemie, a my pobiegliśmy do drzwi, by ich wypuścić. 

wtorek, 20 października 2015

4. (western) Sheez Red Gun

Harry - Sheez Red Gun
Ruska, Cora


Podeszłam do boksu Red i oparłam się na drzwiczkach. Harry czyścił właśnie kopyta klaczy, a kiedy usłyszał moje westchnienie podniósł się do pionu i popatrzył na mnie pytająco.
- Bierzesz ją na trening? - zapytałam.
- Mhm – mruknął, wracając do pracy.
- Ale pada.
- Pójdziemy na halę.
- Powiem Aidenowi żeby zaniósł tam beczki.
- Już sobie załatwiłem pomoc, wielkie dzięki.
Był na mnie zły. Cały czas, od kilku dni. 
- Przecież przeprosiłam! I kupiłam Ci Avenue!
Łypnął na mnie spod byka, na chwilę przerywając czyszczenie. 
- Hej, wszyscy są na mnie źli bo kupuje konie. A jak chce sprzedać... to też są na mnie źli! To co ja mam robić?
- Nie obchodzi mnie co robisz, ale Felicia zostanie tutaj czy tego chcesz czy nie.
Wywróciłam oczami. 
- Tylko zapytałam, a ty robisz wielką aferę.
Mogłam się spodziewać, że i tak do niego nie dotrę. Felka była świętością i sam pomysł sprzedaży tejże końskiej bogini... powinnam spalić się w piekle. A takie wizje pewnie krążyły Harry'emu po głowie. Był zły jak nigdy dotąd. 
Szybko osiodłał sobie klaczkę, żeby nie musieć spędzić ze mną ani minuty dłużej. Otworzył drzwiczki tak, że prawie przywitałam się z podłogą, a potem wyprostowany i pewny siebie ruszył w stronę hali. Red posłała mi tylko wymowne spojrzenie na odchodne. 
- Nie łatwo będzie ci go udobruchać – usłyszałam głos Cory.
- Wiem, wiem...
- Chodź, poparzymy jak sobie radzi.
No więc poszłyśmy za nim, żeby móc do woli komentować jego poczynania na naszej urokliwej kasztance. Uwielbiałam tego konia za charakterek. 
Zasiadłyśmy na trybunach, kiedy Harry wsiadł na nią i ruszył stępem, poprawiając się w siodle. Na jednej połówce hali stały 3 beczki, ustawione w odpowiedniej odległości – a przynajmniej tak stwierdziła Cora. Na drugiej połówce znajdował się rząd drążków oraz kilka drogowych pachołków. 
Red Gun nie była zadowolona z pasażera na jej grzbiecie, ale Harry'ego dobrze już znała i nawet zaczynała go szanować. Pozwalała mu tam siedzieć, ale kiedy chciał wykazać się jakąś inicjatywą – buntowała się. Z początku robiła to bardzo agresywnie, czasami próbowała go zrzucić. Później przyzwyczaiła się i uspokoiła. 
W stępie robili sporo ćwiczeń, które pozwoliły się jej wyciszyć i skoncentrować na pracy. Kręcili wolty o różnych długościach, zatrzymywali się i cofali, czasami próbowali zwrotów na zadzie i przodzie, z czasem doszły ustępowania od łydki. 
Widać było, że klaczka stopniowo zmienia swoje podejście i coraz bardziej angażuje się w kolejne ćwiczenia. Harry cały czas był spokojny i przekazywał klaczy polecenia tak, by nie miała problemu z ich zrozumieniem. Kiedy zrobiła coś dobrze, chwalił ją, a kiedy nie wychodziło – powtarzał tak długo, aż mógł powiedzieć dobre słowo i pogłaskać rudą szyję. 
Po może dziesięciu minutach stępowania ruszyli wolniutkim kłusikiem. Red trochę pozarzucała głową, ale szybko ogarnęła się i opuściła pyszczek. Nie miała już ochoty na bunty. 
Harry przejechał po dwa pełne okrążenia w obie strony, co jakiś czas robiąc jakąś woltkę, a później skupił się już na drążkach i pachołkach. Chciał skupić uwagę klaczy na manewrowaniu jej ciałem i uelastycznieniem go. Starał się jak najlepiej ją rozgrzać. 
Przejazdy przez drążki wyglądały dobrze, bo Red za każdym razem wysoko podnosiła kopytka i z energią przekłusowywała przez przeszkodę, nawet nie myśląc, by uciec na bok. Pachołki szły gorzej, ponieważ... co cóż, taranowała je. A przynajmniej tak działo się za dwoma pierwszymi razami. Nie zależało jej, nie patrzyła pod nogi. Dopiero z czasem Harry zdołał wyjaśnić jej na czym to polega. Zaczęła się ładnie wykręcać, powolutku manewrując między nimi. Z czasem robili to coraz szybciej.
- Lubię tego konia, ma to coś – powiedziała Cora, uważnie obserwując parę.
- Też tak myślę.
- I Felicia ma to coś.
Poczułam się jak ostatnia gnida, ale czułam się tak od soboty, kiedy przedstawiłam załodze listę koni wytypowanych do sprzedaży. 
- No wiem... nie mam pojęcia czemu ją tam zapisałam, nie myślałam nad tym zbyt długo, bo bałam się, że w końcu nie sprzedam żadnego konia.
- Musisz mu pokazać, że zależy ci na tym koniu i zapewnić go, że nigdy nie zrobisz niczego podobnego – doradziła z matczynym uśmiechem.
- Dziękuję. Chyba wiem co zrobić.
Tymczasem Harry zagalopował. Red wyglądała jakby ktoś zafundował jej mocny zastrzyk energii i śmigała po pierwszym śladzie delikatnie poza kontrolą. Dopiero po pełniutkim okrążeniu konkretnej dzidy pozwoliła Harry'emu trochę zwolnić. 
On nie miał jej tego za złe, a nawet cieszył się, że tak szybko zmądrzała. Pozwolił jej jeszcze na trochę szaleństwa, a potem zaczęli się skupiać. Obrali sobie nieduże koło, tam galopowali w ładnym wygięciu. Co jakiś czas zmieniali kierunek przez lotną i robili to samo. Później jeździli po całości, przyspieszali i ostro zakręcali, pracując nad zwrotnością.
W końcu przyszedł czas na małą przerwę w stępie, a wówczas Harry zaprzyjaźnił Red z beczkami. Mogła je sobie dokładnie obwąchać, obejść dookoła i podrapać się po pyszczku. 
- Cora, wyjmij stoper! - krzyknął z drugiego końca hali.
- Mam!
Wyjęła urządzenie i wróciła do obserwacji. 
Harry zagalopował, a potem rozpędził się, kierując konia na pierwszą beczkę. Ominęli ją z gracją, wyglądając jak starzy profesjonaliści. Klacz była szybka i zwinna, ale łatwo denerwowała się, gdy coś szło nie po jej myśli. Gdy druga beczka spadła, Red zdekoncentrowała się i jakby olała resztę. Trzecia beczka przewróciła się, po chwili wahania, a kobyła strzeliła serię bryków. 
Harry uspokoił ją, powiedział na ucho, że jest piękna i wszystko będzie dobrze. 
Przy ponownej próbie postanowił jechać naprawdę wolnym galopem, żeby przejechać to dokładnie i dać jej poczucie, że potrafi, że może to zrobić. 
Klacz wprawdzie chciała przyspieszać, ale szybko odpuściła. Żadna z beczek nawet nie drgnęła, kiedy Red okręcała się wokół nich, dzięki czemu dumna i zadowolona z siebie za trzecim razem przejechała na czysto i z bardzo dobrym czasem. 
Z podbudowaną pewnością siebie radziła sobie lepiej. Była sterowna i grzeczna, dostosowywała się do poleceń.
- To ja idę po Wakandę – niespodziewania powiedziała Cora i wstała, kierując się do wyjścia.
- A to też na beczki? - zagadnęłam.
- Tak, tak. Ja obserwuje Harry'ego, a on mnie. Z boku łatwiej wyłapać błędy – odparła, zatrzymując się na chwilę w progu.
Później zniknęła za drzwiami, więc zwróciłam wzrok w kierunku Harry'ego i Red. Kłusowali sobie powolutku na luźnej wodzy. Po chwili zwolnili do stępa, co jakiś czas a to się zatrzymali a to sobie zrobili zwrot, a to kilka kroków do tyłu – żeby się nie nudzić zupełnie. 

W końcu Harry zszedł z konia, złapał za wodze i wyszli. Postanowiłam zostać, skoro i tak Cora i  Harrison mieli wrócić. 

środa, 14 października 2015

3. (western) Quasimodo, Wakanda Deal

Katherine - Quasimodo
Cora - Wakanda Deal
Francis

Zauważyłam, że Cora sprowadza do stajni Dale'a i podeszłam do niej, kiedy koń znalazł się już w boksie. 
- Hej. - Uśmiechnęłam się do trenerki, jednocześnie głaszcząc ogiera po chrapach. On nigdy nie miał dość pieszczot i chętnie podszedł do mnie po swoją dzienną dawkę miziania.
- Cześć, Kath. - Odwzajemniła uśmiech, rozpoczynając czyszczenie. - Chcę z nim trochę poćwiczyć, niedługo zapomni jak wyglądają beczki – westchnęła.
- No tak, ostatnio konie miały trochę za dużo wolnego. My zresztą też... Już nawet nie chce mi się myśleć o intensywniejszej jeździe...
- Nie ma tak dobrze, kochanie – powiedziała matczynym tonem i zerknęła na mnie z zamyśleniem. - Może weźmiesz sobie Quasimoda i na rozgrzewkę pojedziemy w krótki teren? -  zapytała.
- Hmm... Właściwie to czemu nie. Daj mi pięć minut, Quasi chyba jest w stajni.
- Jest, jest, Widziałam jak Aiden przemyca dla niego marchewki dosłownie kilka minut temu.
Wymieniłyśmy uśmiechy i pobiegłam do siodlarni po sprzęt. Jedyny czysty pad to ten z zieloną panterkę, ale trudno. Szybko zabrałam to, co potrzebowałam i ruszyłam w kierunku mojego wierzchowca. Tinker istotnie stał w swoim boksie i obżerał się siankiem. Kiedy usłyszał, że otwieram drzwi odwrócił się i obwąchał mnie z góry na dół. Szczególnie długo pozostawał przy kieszeniach aż w końcu wyjęłam z nich kilka cukierków i podarowałam mu je. 
- Reszta po jeździe – powiedziałam.
Nie musiałam go wiązać. Czyszczenie szło sprawnie, a Quasi nie sprawiał żadnych problemów. Stał spokojnie i od czasu do czasu odwracał się żeby sprawdzić, czy nie chce mu czasami dać kolejnego smakołyku. 
Rozprawiłam się z kilkoma zaklejkami, po czym zaczęłam zakładać sprzęt. Zauważyłam, że przytył, kiedy nie mogłam uporać się z popręgiem. W końcu jednak był gotowy, więc wyprowadziłam go na korytarz, gdzie czekała już na nas Cora z Dale'm. Poprawiała mu warkoczyki. 
- Możemy iść? - zapytała.
Skinęłam głową i ruszyłyśmy na zewnątrz. Było całkiem ciepło. Na tyle ciepło, że nie musiałyśmy zakładać żadnych bluz ani kurtek. Świeciło słońce, a na niebie widać było wielkie, śnieżnobiałe chmury. 
Wsiadłyśmy na konie i ramie w ramie ruszyłyśmy szeroką, wyjeżdżoną ścieżką w kierunku lasu. Konie szły żwawo, próbowały przyspieszać, czasami się zaczepiały i ogólnie widać było, że są podekscytowane wycieczką. 
Jazda wzdłuż pastwisk była trochę uciążliwa, ze względu na biegające tam klacze. Nasze rumaki koniecznie musiały się przed nimi popisać i tak Wakanda stanął dęba. Cora szybko go opanowała i już ani razu nie zrobił niczego podobnego.
Kiedy tylko wjechałyśmy w pierwszą leśną alejkę – ruszyłyśmy wolnym kłusem. Konie próbowały się ścigać, więc postanowiłam wjechać za Dale'a i trzymać sporą odległość – tak na w razie czego. Wtedy obydwa ogiery stały się spokojniejsze i bardziej usłuchane. W ciszy pokonywałyśmy ścieżki, słuchając odgłosów kopyt, parskania i śpiewu ptaków. Lubiłam tego typu tereny. Kiedy wybieraliśmy się do lasu większą grupą robiło się zbyt chaotycznie. 
Quasi odprężył się i był zupełnie zrelaksowany. Trzymałam go na kontakcie, ale wodza była długa, więc nie krępował się przed wyciągnięciem szyi. Szedł tak jak koń westernowy iść powinien. 
Wakanda miał trochę więcej do powiedzenia i od czasu do czasu próbował wyrwać Corze wodze. Chciał biec szybciej, a wolne tempo nudziło go coraz bardziej. 
Quasi w pewnym momencie przestraszył się wiewiórki i doskoczył na bok. Zatrzymał się i ze zdziwieniem obserwował zwierzątko, wspinające się po drzewie. 
- W porządku? - usłyszałam Corę i skinęłam głową.
Po kilku sekundach znowu kłusowałyśmy. 
Wyjechałyśmy na skraj lasu, gdzie rozpościerały się rozległe łąki i jedno spojrzenie wystarczyło, żebyśmy spięły konie do galopu. One od razu poczuły wiatr we włosach i szczęśliwe rzuciły się do biegu. Quasi zaczął machać głową, przez co prawie stracił równowagę, a Wakanda wyprzedził nas z okrutną łatwością. Mimo to nie poddawaliśmy się i uparcie przyspieszaliśmy, chcąc dogonić rywali. Oni jednak nie zamierzali dać nam forów, a bez tego... 
Qasi w końcu odpuścił i zwolnił z szaleńczego galopu do łagodnego patataja. I to było chyba najlepsze z całego terenu. Wolny galop po zielonej łące. Wakanda dawno wybiegł poza moje pole widzenia, ukrywając się gdzieś w dolinkach. 
Dopiero po kilku minutach odnaleźliśmy się przy drodze prowadzącej do stajni. Tam wszyscy zwolniliśmy do kłusa.
- Nie macie kondycji? - niewinnie zapytała Cora, a ja rzuciłam jej spojrzenie spod byka.
- Po prostu nie lubimy się ścigać – odparłam po chwili.
- Oczywiście, nie miałam wątpliwości. - Wytknęła język.
Zgodnie kłusowałyśmy obok siebie po szerokiej, piaskowej drodze. Do stajni miałyśmy jakieś dwa kilometry. Ten dystans pokonałyśmy dość szybko, chociaż w połowie zwolniłyśmy do stępa, by dać koniom odpocząć. W końcu Wakanda miał jeszcze przebiec się między beczkami. 
Zauważyłam, że na placu, gdzie miała ćwiczyć, było zupełnie pusto.
- Odstawię go do stajni i przywiozę ci beczki na taczce.
- Dziękuję, miło z twojej strony. - Uśmiechnęła się.
Była szefem, kiedy Ruski nie ma, dobrze było zachowywać z nią przyjazne relacje. Ale nie chodziło tylko o to, troszczyła się o nas jak dobra ciocia, więc my też staraliśmy się być pomocni. 
Wjechała z Wakandą na plac, a ja zsiadłam przed przed stajnią i zaprowadziłam Quasi'ego do jego boksu. Był trochę zmęczony, ale szczęśliwy. Szybko uwolniłam go od siodła i ogłowia, a na koniec podałam mu jeszcze kilka cukierków, które uchowały się w kieszeni bryczesów. 
- Świetny z ciebie rumak, wiesz? - Potargałam mu grzywkę i ucałowałam chrapy.
Wyruszyłam na poszukiwania taczki, a ją, razem z beczkami znalazłam w magazynku. Odkryłam, że zmieszczą się maksymalnie dwie. Wyjechałam na zewnątrz z ładunkiem, kiedy poczułam na ramionach czyjeś dłonie i odwróciłam się, by zobaczyć uśmiechniętego od ucha do ucha Francisa.
- Kruszyno, załatwię to, tylko powiedz gdzie zawieźć – powiedział.
- Po pierwsze – żadna ze mnie kruszyna, a po drugie – tam na plac do Cory...
Zasalutował i przejął taczkę, kiedy ja wróciłam po trzecią beczkę. Rzuciłam ją na podłogę i kulałam sobie aż do ogrodzenia, gdzie podniósł ją Francis, ustawił odpowiednio w stosunku do pozostałych dwóch i zabrał taczkę do magazynku. Cora w tym czasie ćwiczyła z Wakandą cofania, ustępowania od łopatek, zwroty i zmiany chodów. 
Wspięłam się na ogrodzenie i usiadłam na najwyższej belce.
- Masz może stoper? - zapytała amazonka.
- Mam w telefonie.
- To zaraz zmierzysz nam czas, okej?
- Jasne.
Przygotowałam sobie sprzęt, kiedy Cora dodatkowo rozciągała sobie Wakandę, żeby ten nie miał później kontuzji podczas ostrych zakrętów i wyginania się. Później zapoznała go z beczkami. Następnie przejechała między nimi w stępie, a chwilę później w kłusie. 
- Dobra, Kath – zwróciła się do mnie – trzy, dwa, jeden!
Włączyłam stoper, a Wakanda Deal zagalopował ze stój i pomknął w stronę pierwszej beczki, rozpędzając się w oku mgnienia. Był przy tym bardzo posłuszny – każdy sygnał Cory był od razu wyłapywany i koń starał się robić wszystko, o co go prosiła.
Druga beczka zachwiała się, ale Cora przytrzymała ją ręką, ratując sytuację, zanim Wakandzie udało się zakręcić. Zaczął zwalniać przed trzecią, ale mocny impuls amazonki dał mu do zrozumienia, że to jeszcze nie koniec. 
W końcu dojechali do końca trasy, do miejsca, kiedy miałam wyłączyć stoper. Cora i Wakanda podjechali do mnie kłusem na luźnej wodzy, więc pokazałam kobiecie wynik. Ona pokiwała głową, spekulując ze sobą czy czas był dobry czy zły.
- Może być... Przejadę jeszcze raz i dam mu spokój.
-  Od razu czy mała przerwa.
- Malutka. - Uśmiechnęła się i ponownie zakłusowała.
Siedziałam w ciszy przez kilka minut obserwując ich. Wakanda został wygłaskany i widać cieszył się z pięknego dnia, udanego treningu i wyrozumiałej partnerki. Chętnie zagalopował, gdy go o to poprosiła. 
Włączyłam stoper.
Koń, podobnie jak poprzednio, szybko nabierał prędkości. Tym razem biegł nawet szybciej, ponieważ Cora cały czas go poganiała, próbując uzyskać lepszy wynik. Wiedziała, że tego konia stać na więcej. 
Pierwsza beczka – poszło gładko, Wakanda pięknie wykręcił i już po chwili mknął dalej, mocno się starając. Przy drugiej poszło im równie dobrze, ale przy trzeciej wstrzymałam oddech. Mocno się telepała, a Cora nie zdążyła zareagować, musiała jechać dalej. Nie patrzyła się za siebie i tylko spięła konia do szybszego biegu, modląc się, by wszystko wyszło okej. No i wyszło, bo beczka po równo 16 sekundach w końcu się ustabilizowała. 
- Było lepiej! - zawołałam wesoło, patrząc na uzyskany czas.
Kiedy trenerka spojrzała na cyferki szeroko się uśmiechnęła i poklepała konia.
- Jestem z ciebie dumna! - powiedziała, tarmosząc mu grzywę.
Chwilę pokłusowała, postępowała na luźnej wodzy, a później zsiadła. Zabrała siodło i pad, a mi oddała konia, którego miałam zaprowadzić do boksu. Tam zdjęłam mu ogłowie i dołożyłam mu trochę siana.