Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezy itp.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezy itp.. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lutego 2017

Walentynki 2017

Głowa Megan zajrzała przez szparę w drzwiach do mojego pokoju. Siedziałam wtedy na łóżku z laptopem na kolanach, prawie zupełnie zaabsorbowana nowym serialem. 
- Ekhm – powiedziała głowa.
- Hmm? - zapytałam, nawet nie patrząc na przybyszkę.
- Jakieś plany na wieczór?
Zerknęłam na nią kątem oka, marszcząc brwi. 
- Nie dam się wrobić w kolejny trening wyścigowy! A już na pewno nie na tej krowie…
- Jezu, nie o trening mi chodzi! Masz już sprany mózg – pokazała mi język – idziemy do baru, a jako, że Twój ukochany się dziś nie zjawi to zaliczasz się do grona samotnych serc i łapiesz się na zniżkę w „Hackers Brasserie”. Wyjeżdżamy o dziewiętnastej, więc… wpadnij do mnie o osiemnastej i pożycz tę niebieską kieckę. Paa!
Uciekła, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Przez chwilę gapiłam się w te drzwi, analizując sobie wszystko powolutku, aż w końcu doszłam do wniosku, że „a co mi tam! Pójdę!”. 
Póki co jednak wolałam zająć się serialem. Dzień leniuszka należało świętować solidnie i wytrwale. Miałam przy sobie dwulitrową butlę cytrynowej nestea, kilka tabliczek czekolady, ciasteczka, czipsy, chrupki… i cała kolekcję nieobejrzanych seriali. To się nazywa życie!
Słodycze na śniadanie, słodycze na obiad i słodycze na kolacje. Może nie koniecznie zdrowe, ale jakie dobre! Tak czy inaczej trochę się zasiedziałam i wybiła godzina siedemnasta czterdzieści dwie. Wstałam z łóżka, otrzepałam piżamkę z okruszków, po czym energicznie się przeciągnęłam. Tak, to był dobry dzień. Ale… przecież może stać się jeszcze lepszy. Podeszłam do szafy, otworzyłam wrota i popatrzyłam w głąb Narnii. Panował tam taki bałagan, że z pewnością stoczona tam została niejedna bitwa. 
- O jaką niebieską kieckę Ci dziewczyno chodziło…? - zastanowiłam się na głos, przeszukując wzrokiem te stosy ubrań.
Po kilku minutach zabrałam się za przeszukiwanie ręczne, bowiem zdążyłam zdać sobie sprawę, że na wierzchu są same bryczesy i koszulki z superbohaterami. Mogłam pożyczyć ze stajni widły…
W KOŃCU… udało się. Znalazłam sukienkę, o którą chyba chodziło Megan. Przy okazji znalazłam też czerwoną dla siebie. Jeszcze w życiu nie miałam jej na sobie, więc należało w końcu ten stan rzeczy zmienić. 
Zabrałam obydwie rzeczy i ruszyłam do pokoju Meg. Zapukałam raz, drugi, trzeci… w końcu weszłam do środka, by zobaczyć lokatorkę robiącą sobie przed lustrem makijaż w słuchawkach. Nuciła coś pod nosem, ale nie byłam w stanie sklasyfikować tegoż hitu. 
Zakradłam się niezauważenie, po czym podbiegłam do niej, ściągając jej słuchawki i krzycząc „buu!”. Wtedy ona krzyknęła „AAAAA!”. A ja na to „cicho bądź, przyniosłam Ci co chciałaś!”. Popatrzyła na mnie niepewnie, ale później zauważyła, że faktycznie mam tę kreację i na jej twarzy pojawił się uśmiech. 
- No, widzisz, czasami się przydasz na coś! - zawołała wesoło, a potem odwróciła się do lustra i westchnęła. - W sumie to zapomniałam o tym i wzięłam zły kolor na oczy… ale dobra, zaraz to naprawię. A potem będzie Twoja kolej.
- Nie ufam Ci – powiedziałam, siadając sobie na jej łóżku i zabierając ze stolika szkatułkę, co by wybrać może jakieś świecidełka.
- Oj już nie przesadzaj. Jestem profesjonalistką.
- Mhm… jasne.
Prychnęła i zabrała się do pracy nad makijażem. Ja przymierzyłam kilka wisiorków, ale żaden mi jakoś nie podpasował. Odłożyłam więc pudełeczko na miejsce i ułożyłam się wygodnie na podusi, gapiąc się w sufit. Wypisane tam były dziwne hasła z mnóstwem przekleństw, ale generalnie… poprawiały humor.
- W sumie to kto jeszcze idzie? - zapytałam.
- Am… Na pewno Alex…
- To nie muszę brać portfela. - Uśmiechnęłam się do siebie.
- No a myślisz, że po co spędziłam godzinę żeby go koniecznie przekonać do tego pomysłu.
- Ej, na mnie poświęciłaś minutę…
- Bo wiedziałam, że pójdziesz i tak. No ale idzie Alex, Chris, Niya, Natalie, Nash i Aiden. No i Vincent miał się zastanowić.
- Hah, a co z Drey i Dannym?
Meg popatrzyła na mnie w znaczący sposób. Odpowiedziałam jej pytająco-znaczący spojrzeniem, na co ona odpowiedziała jeszcze bardziej znaczącym. Obydwie wybuchnęłyśmy śmiechem.
- Będę się musiała o tym wszystkiego dowiedzieć – wyszeptałam, gdy uspokoiłam się na tyle, by wydobyć z siebie jakiś cywilizowany dźwięk. - Kocham siebie za pomysł sprowadzenia go tutaj. Oni są tak bardzo dla siebie stworzeni, że to aż nierealne.
- Tak? Powiedź to jej, bo wciąż zaprzecza.
- No ale dzisiejszy dzień spędzają razem, więc chyba nabrała rozumu?
Pokiwała głową. 
- Ale wiesz, z nią to nigdy nic nie wiadomo.
- Hmmm, w sumie masz rację. A Harry się nie skusił na darmowe drinki?
- No przecież on ma randkę z Vienką.
W pół sekundy podniosłam się do pozycji siedzącej i popatrzyłam na nią zszokowana. 
- JAK TO SIĘ STAŁO?
- BOŻE, CZY TY JESTEŚ ŚLEPA, KOBIETO?!
- MOŻE? MÓW!
- Eh. To trwa już jakiś rok. Nie no, nie wierzę, że o niczym nie wiedziałaś!
- Jestem zapracowanym człowiekiem. Mów!
- Oni oboje są zbyt nieśmiali, więc ciągnęło się to i ciągnęło… aż w końcu spotkali się któregoś razu przypadkiem na zawodach i od słowa do słowa, spędzili razem całe popołudnie i wieczór – popatrzyła na mnie uważnie, a potem uśmiechnęła się – i noc, i poranek. Oficjalnie nic, cicho-sza, ale na kilku randkach już byli, więc myślę, że to tylko kwestia czasu, aż zmienią się ich statusy na fejsbuczku.
- Wow… ale wiesz, w sumie to bardzo dobrze.
- Hah, jasne, że dobrze! Teraz trzeba znaleźć dziewczynę dla Chrisa.
- No wiesz, ja to bym zaproponowała Ciebie – powiedziałam niby od niechcenia, a zerkałam na nią dyskretnie.
Na chwilę zwolniła tempo pociągnięć pędzla, a zaraz wróciła do dotychczasowej rutyny i parsknęła śmiechem. 
- Oczywiście! Gdy tylko krowy zaczną latać.
- Gdy jakąś zobaczę to od razu dam Ci znać!
Wtedy drzwi otworzyły się, a do środka weszły roześmiane Natalie i Niya. Miały już na sobie wyjściowe ubrania. Pierwsza elegancko – w ciemnych obcisłych jeansach, białej koszulowej bluzce i marynarce, a druga w ślicznej sukience w kwiaty.
- Hej wam – rzuciła Nat, siadając obok mnie na łóżku, podczas gdy Niyati, oparła się o ścianę.
- Hej. Wy już gotowe?
- Myślałyśmy, że dłużej nam to zejdzie… A jak u was? Długo jeszcze?
- Ruska idź się ubierać, jak tylko skończę, to zajmuję się Tobą.
- Okej – westchnęłam, po czym zabrałam sukienkę i zamknęłam się w łazience. Przebrałam się i spojrzałam w lustro. No nie wiem… Potrzebowałam drugiej opinii, więc wyszłam do pokoju i niepewnie powiodłam wzrokiem po dziewczynach.
- Cholercia, muszę sobie taką kupić – powiedziała Nat, przechylając głowę.
- Siadaj, słonko. Zaraz zmienimy tę szkaradną bestyjkę w księżniczkę!
- Wypraszam sobie bestyjkę!
- No siadaj, nie mamy czasu!
W każdym razie usiadłam i grzecznie obserwowałam co też ona wyczarowuje na mojej twarzy. Na szczęście nie czarowała ani długo, ani fantazyjnie, więc z efektu byłam zadowolona. Dodatkowo Niya w tym czasie kręciła lokówką włosy Natalie i postanowiła załatwić jeszcze mnie za jednym zamachem, kiedy tylko Megan poszła założyć kieckę. 
Kiedy wszystkie byłyśmy już gotowe… a trochę to trwało… zeszłyśmy wszystkie na dół. Panowie od dwudziestu minut nudzili się w kuchni. Pewnie byli wkurzeni, ale kiedy już zobaczyli cztery wystrojone dziewczęta to jakoś złagodnieli i humorki się im poprawiły.
- Potrzebujemy dwóch kierowców – oznajmiła Megan, po czym szybko dodała, że „ja nie!”.
- Musiałabym wypić trzy butelki wódki żeby się troszkę upić, więc mogę ewentualnie się zapisać
- To ja m… - zaczął Alex, ale Megan szybko mu przerwała.
- Nie ma mowy! Ty musisz się w końcu zabawić!
- Jakie Ty masz plany względem niego? - zapytał zaskoczony i lekko przerażony Chris, ale Megan tylko się uśmiechnęła. Alex rozważał ucieczkę, póki jeszcze miał okazję.
- No ktoś musi być trzeźwy, żeby prowadzić.
- Właściwie…
I wszystkie spojrzenia spoczęły na Vincencie. Stał przed nami w garniturze, a przynajmniej tak sądziłam, że jest to garnitur, bo jednak był to odpowiednik z jego planety. Chociaż z ziemskim krawatem. 
- Właściwie to ostatnio ćwiczyłem nowe zaklęcie. Okazuje się, że skutkiem ubocznym jest… natychmiastowe otrzeźwienie umysłu po spożyciu trunków.
- Tak? A jak to odkryłeś? - Nash skrzyżował ręce na piersi i popatrzył na niego podejrzliwie.
- Cóż… lubię sobie czasami umilić studiowanie ksiąg…
- Jeśli tak to pewnie to działa tylko na Ciebie, a nie masz pojęcia jak prowadzić rower, nie mówiąc już o samochodzie.
- Możemy przetestować, czy zadziała na kimś innym – wtrąciłam się.
- No ale możemy to zrobić już na miejscu? Nie będę czekać kolejną godzinę – westchnęła Nat.
- A co jeśli nie zadziała?…
- Jak tylko wejdziemy do baru to ochotnik od razu łapie się za butelkę tequili. Reszta czeka na efekty. Później zobaczymy. Zgoda?
Nie słysząc sprzeciwów ruszyła ku drzwiom, otworzyła je na szerz i gestem zaprosiła nas do wyjścia. Już na podwórku ustaliliśmy, że bierzemy stajenną toyotę i auto Meg. Alex nie chciał ryzykować życia swojego Ferrari, chociaż długo go namawialiśmy.
Ruszyliśmy! Słońce zdążyło już zajść, ale niebo wciąż pomalowane było na ciekawe odcienie pomarańczu. Kiedy dojechaliśmy na miejsce było już ciemnofioletowe. Dało się słyszeć głośną muzykę jeszcze zanim weszliśmy do środka. 
Było tam sporo ludzi, ale spodziewaliśmy się większego tłumu. Nieco walentynkowy wystrój (w postaci poprzyklejanych wszędzie serduszek, wyciętych z kolorowego papieru), a poza tym kolorowe reflektory i trochę sztucznej mgły. 
- Tak w ogóle to zgłaszam się na ochotnika! - oświadczył Chris, w pozie godnej wielkiego bohatera.
- Ale Ty się dla nas poświęcasz, stary… - Nash poklepał go po ramieniu.
- Dobra, zamawiajcie mu coś mocnego, a my idziemy do stolika – odparła Megan i wzięła mnie oraz Niyę pod rękę. Prawie na samym końcu lokalu znajdowała się zarezerwowana „loża VIPów” w postaci okrągłego stołu i pół okrągłej kanapy. No cóż, bierz co dają. Usiadłyśmy sobie i rozglądałyśmy się, czekając, aż panowie wrócą z zamówieniem.
- Mają tu karaoke, Boże, trzeba uciekać póki czas! - powiedziała Meg, a ja z przerażeniem podążyłam za jej spojrzeniem, by ujrzeć scenę z mikrofonem, idealnie oświetlonym samotnym, żółtym strumieniem światła.
Jednak wtedy o stół coś łupnęło. Okazało się, że to tacka z kilkunastoma kieliszkami, wypełnionymi różnokolorowymi alkoholami. Chris patrzył się na to z błyskiem w oku i niemal natychmiast przystąpił do działania.
Kiedy skończył usiadł, a wraz z nim wszyscy, którzy nie zrobili tego wcześniej. Patrzyliśmy się na niego, oczekując. Jedna minuta… druga minuta…
- Dajcie mu coś jeszcze! - prychnęła zniecierpliwiona Nat, przywołując gestem kelnerkę.
Podeszła do nas bardzo sympatycznie wyglądająca dziewczyna z prosto ściętymi blond włosami. Zapytała nas jak może pomóc w wyraźnie wyczuwalnym norweskim akcentem. 
- Poprosimy jeszcze raz to samo – powiedziała Natalie, wskazując na tackę pełną pustych kieliszków.
- Czujesz coś w ogóle? - Axel popatrzył na niego z politowaniem.
Chłopak pokręcił jednak głową, z utęsknieniem wypatrując kelnerki. 
- Jak to jest być królikiem doświadczalnym? - zagadnęła siedząca obok niego Meg, ale zanim zdążył jej odpowiedzieć, jego mina zaczęła się robić niewyraźna.
- Już?
Pokiwał głową, kurczowo trzymając się stołu. 
- No to dajesz, Vincenty – powiedziała Meg i odsunęła się lekko – tak na w razie czego.
- W porządku. Będę potrzebować porcelanowej miseczki, kadzidełka, zapałek i odrobiny suszonej szałwii.
Przez kilka sekund gapiliśmy się na niego z morderczo-bezsilnymi spojrzeniami. Robiliśmy to tak długo, dopóki nie dał już rady udawać i roześmiał się ze swojego świetnego żartu, po czym pstryknął palcami. Chris niespodziewanie wziął najgłębszy oddech swojego życia, co wyglądało jakby powróciła do niego dawno zaginiona dusza.
- BOŻE, TO DZIAŁA! - wrzasnął, a wszyscy ludzie popatrzyli się na nas jak na kosmitów.
Vincent wygodniej rozsiadł się na kanapie, z miną szefa szefów, a m biliśmy brawo. Nat znowu przywołała kelnerkę i tym razem złożyliśmy już porządne zamówienie. Z dziewczynami wzięłyśmy po kolorowym drinku, panowie po piwie, a oprócz tego jeszcze dwadzieścia trzydzieści dwa kieliszki z tequilą, wódką i innymi trunkami. Te kieliszki Nash rozstawił w kółeczku, a na środku położył butelkę. Nie odzywaliśmy się. Czekaliśmy co się stanie. 
- Ekhm, no więc… prawda czy wyzwanie, z tymże w tej wersji gry nie możesz wybrać. Wyzwaniem zawsze jest opróżnienie zawartości kieliszka, a jeśli wypadnie na pusty – wtedy odpowiadasz na pytanie zadane przez osobę, która kręciła butelką. No a kolejność… polecimy sobie według wskazówek zegara. Wszystko jasne?
- Hej, a skąd w ogóle pewność, że wszyscy chcą grać? - zapytałam.
- No i gdzie te puste kieliszki? - zaraz po mnie odezwał się Alex.
- Moi drodzy, podświadomie każdy chce grać. A puste kieliszki pojawią się już za kilka chwil. Możemy już zaczynać, czy jeszcze jakieś błyskotliwe pytania?…
- Dobra, kręć – ponaglił go siedzący obok Chris, który ledwo co wytrzeźwiał, a już chciał być znowu pijany. 
Butelka zawirowała… i wskazała oczywiście pełny kieliszek, no bo jakżeby inaczej. Chris natychmiast wlał sobie do gardła jego zawartość. Później to samo uczyniła Meg, następnie ja, Nat… natomiast Niya musiała odpowiedzieć na pytanie. 
- Hmmmm… który z panów z naszej pięknej stajni najbardziej Ci się podoba? Albo pań, jakkolwiek.
- Hej, powinnaś pytać o tych obecnych, bo tak jest łatwiej! - wtrąciła Megan, natomiast Niya zaprotestowała.
- Nie ma zmieniania! Zadała pytanie, więc pytanie zostało zadane!
- No niech Ci będzie, ale gdybym to ja Ci wymyślała to pytanie... - Pokazała jej język i wzięła łyka swojego napoju.
- Więc… jeśli już KONIECZNIE muszę kogoś wybierać to chyba… chyba Danny. Ale wiem, wiem. To tylko odpowiedź na pytanie, nic poza tym. - Uśmiechnęła się, po czym zakręciła butelką, a kilka sekund później Alex wypijał już odrobinę tequili.
- Chyba trzeba zmienić zasady, bo kiedy zostaną same puste, t te same osoby będą ciągle zadawać nam pytania – stwierdził Aiden. - Może lepiej niech ten, który ma właśnie kręcić, wytypuje następną osobę?
- Racja – poparłam go. - Jak Megan zacznie mnie wypytywać to ja tu umrę ze wstydu, a wcale nie tak łatwo mnie zabić.
- Może niech Megan każdemu zadaje pytania, wtedy gra będzie znacznie bardziej ciekawa – zastanowił się Nash.
- Taki jesteś chętny do wyjawiania wszystkich swoich najmroczniejszych sekretów… - zapytała, niebezpiecznie mrużąc oczy.
- Nie mam nic do ukrycia – odpowiedział jej z typowym dla siebie uśmieszkiem.
- Hm, jeszcze zobaczymy.
- Nie mogę się doczekać.
Okej, ja chyba też nie mogłam się doczekać, on coś na pewno ukrywał! 
- Dobra, to kto teraz? - zapytała Niya.
- Alex, wytypuj kogoś i kręć.
- Aaaaa… Vincent?
Bo wcale nie byłaby teraz jego kolej, gdybyśmy nie zmieli zasad… W każdym razie szczęśliwy Vincent miał okazję spróbował ziemskiego skarbu w postaci burbona. Mieliśmy tylko nadzieję, że będzie później wstanie pstrykać palcami… 
- Ruska.
I wylosował mi pytanie. I nie miał pojęcia o co może zapytać. 
- Czy… potrafiłabyś zrobić jutro psa na obiad?
Tak. To znaczy nie! To znaczy to są moje myśli, a nie odpowiedź. Odpowiedź długo nie nadeszła, bo nie była w stanie się wymyślić i wygłosić samodzielnie, bowiem ja byłam w zbyt sporym szoku. Jak zresztą i wszyscy zebrani. Gdyby nie ta muzyka to w lokalu zaległa by zupełna cisza.
- Vincent… dlaczego ty chcesz zjeść psa? One są przyjaciółmi...nie jemy ich… - wykrztusiłam w końcu.
- Jak to nie? Wyraźnie słyszałem, jak dzisiaj rano Kyrah rozmawiała ze swoją matką i prosiła ją o pieniądze na gorące psy, bo była bardzo głodna – wyjaśnił, a potem nachylił się nad stołem i wyszeptał: - czy to z nią coś jest nie tak…?
- Boże! Vincent! To nie jest zrobione z psów! To nawet nie ma nic wspólnego z psami! - powiedziałam trochę za głośno, zwracając na siebie uwagę zebranych.
- No chyba, że z jamnikami – wtrącił Chris. - One są długie jak parówki. No co? Skądś się to musiało wziąć!
- Okej, okej… zrobię jutro na obiad hot dogi, to leży jeszcze w zakresie moich możliwości kulinarnych. Ale nie z psa. Psy są milutkie i przyjazne.
- Jeśli zobaczę Cię kiedyś ganiającego z siekierą za którymś z psów to nie będzie mnie obchodziło czy jesteś jakimś tam czarodziejem czy nie! - warknęła, trochę nieufna jeszcze Natalie.
Vincent natychmiast pokiwał głową, a ja wzięłam kilka głębszych oddechów i zakręciłam butelką, wcześniej wyzywając Alexa do gry. I pusty! Uśmiechnęłam się promiennie.
- Oh Alexandrze, jakże mi się zaczęła podobać ta gra!
- No mi trochę mniej… - Niespokojnie poruszył się na kanapie.
- Opowiedź nam o swoim pierwszym pocałunku…
- O ile już się odbył – wtrącił Chris, ale Megan odpowiednio go ukarała. 
Pan Stark poczerwieniał, dokończył duszkiem swoje piwo, ale widząc, że nie odpuściliśmy i dalej chcemy odpowiedzi westchnął i zaczął mówić.
- Na pierwszym roku studiów… - zaczął, ale znowu przerwał mu Chris.
- Studiów?! Stary…
- On skończył studia jak miał osiemnaście lat, debilu! - Tym razem w rolę obrończyni wcieliła się Nat, a ja kopnęłam go pod stołem.
Z Alezia naszego kochanego mogą sobie żartować jedynie nieliczni.
-Tiaa… no więc zostałem siłą wyciągnięty na imprezę… chyba bardziej w roli maskotki. I jedna dziewczyna była tak pijana, że nie wiedziała nawet kim jestem, a ja nie zdążyłem uciec i to na tyle.
- Jeszcze chciałeś uciekać? - Chris po prostu nie mógł się powstrzymać przed komentarzami. To było dla niego najwyraźniej niczym oddychanie.
- Była przerażająca!
Później graliśmy dalej, w końcu skończyły się pełne kieliszki, zamówiliśmy kolejne drinki, ale rozkręciła się imprezę na sali, więc większość poszła tańczyć. Ja zdecydowałam się na małe posiedzenie przy barze. Akurat obsługiwała nasza kelnerka. Postanowiłam przetestować dziś wszystkie te najbardziej kolorowe napoje procentowe w karcie. 
- Wszystko gra? - zapytał Aiden, który przysiadł się nawet nie wiem kiedy.
- No tak… dlaczego miałoby nie grać?…
- Bo jesteś tutaj? Z tymi, którym zależy tylko na tym, żeby się zapić i przebrnąć przez ten dzień?
- No tak, to sens każdego mojego dnia, więc co za różnica?
- Wiesz, co mam na myśli. Bo jeśli on coś zrobił to ja…
- To co wtedy Ty? - przyjrzałam mu się uważniej, opierając głowę na jednej ręce, drugą trzymając bardzo dziwny kieliszek z jaskrawozielonym płynem.
- To wtedy on pożałuje, okej?
- Luz, nic się nie stało. Po prostu nie musimy ze sobą spędzać każdego dnia, nie ważne co to jest za dzień. Poza tym, gdy jesteś z kimś dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu… zaczynasz nienawidzić tę osobę. Przynajmniej ja tak mam. Od każdego muszę czasem odpocząć, albo miałabym za sobą jeszcze więcej ciał.
- Na pewno wszystko w porządku?
- Boże, tak! Jest cudownie! Jest łąka, stokrotki i tęcza! To chciałeś usłyszeć? - parsknęłam śmiechem, po czym odstawiłam kieliszek na blat, złapałam go za ramiona i westchnęłam. - Nic się nie stało. On jest na misji w kraju, którego nazwy nie potrafię nawet wymówić. Ja jestem tutaj z moimi mordkami. Nie przeszkadza mi to. Poza tym przysłał mi wielki bukiet, który chyba wiedzieli wszyscy poza Tobą! Spotkamy się za dwa dni i będziemy cieszyć się na swój widok jeszcze bardziej, bo za sobą tęsknimy.  Jeśli cokolwiek będzie się działo, to Tobie drugiemu o tym powiem. Jesteś moim najlepszym przyjacielem nie od parady, Hades.
- Okej, przekonałaś mnie.
- Cieszę się. - Uśmiechnęłam się i wróciłam do podpierania głowy. - No więc co z Tobą? Nie jesteś już w SO, Twoja wymówka straciła ważność. Masz jakiś miesiąc zanim zacznę poważnie podejrzewać, że wolisz chłopców.
- Może nie pracuję już w SO, ale ciągle mam kupę roboty. I to dzięki Tobie, więc najpierw daj mi wolne i jakąś premie, a potem pogadamy.
- Pff, boksy same się nie wyczyszczą, mój drogi. Brakuje nam ludzi. Sprzątnie boksów to jedno, a trenowanie koni to drugie. Jakiś tam poziom ze sportowcami utrzymujemy, ale spójrz na pokazowe rumaki. Wiem, że nie powinnam była tylu ich kupować, ale jeju, te piękne pyszczki… nie mogłam przejść obojętnie.
- Zatrudnisz jeszcze kogoś dla nich?
- Naprawdę nie mam pojęcia kogo. Nikt się w tym nie specjalizuje, wszystkie CV jakie do nas dochodzą to ludzie, którzy jeżdżą skoki albo ujeżdżenie.
- Emm… naprawdę bardzo przepraszam, że przerywam, ale… dużo pracowałam z arabami, przygotowywałam je na wystawy i dobrze mi szło…
Z zaskoczeniem zdałam sobie sprawę, że powiedziała to barmanko-kelnerka. Popatrzyłam na nią na początku zdumiona, a później zainteresowana. 
- Więc czemu się tym już nie zajmujesz?…
- To było zanim przyjechałam tu z Oslo. Nie znałam języka, więc miałam dość wąskie możliwości…
- Dziewczyno… czy chcesz mieć jutro rozmowę kwalifikacyjną w Echo Stable? To trochę za miastem, w stronę Los Angeles.
Na jej miłą twarzyczkę natychmiast wkroczył wielki uśmiech. 
- Bardzo! I naprawdę, przyjmę wszystkie warunki, cokolwiek… zależy mi na pracy z końmi. Rany, nie widziałam żadnego na żywo już z pół roku!
- Biedactwo! Jutro zobaczysz całe stado! Dam Ci moją wizytówkę tylko…
- Tutaj. - Aiden wskazał na podłogę, gdzie leżała moja torba.
- No tutaj, tutaj. Umówmy się na czternastą…
- Daję głowę, że o czternastej będziesz jeszcze spać – wtrącił swoje Aiden.
- No racja, racja… to może o szes…
Spojrzenie Aidena – odradzam. 
- O siedemnastej!
- Cudownie! Będę na pewno.
- Gdybyś miała problemy z dojazdem to zadzwoń. Odbiorę albo ja, albo moja wspólniczka.
Wyglądała na nieziemsko szczęśliwą, więc i ja byłam szczęśliwa. Jeszcze chwilę pogadałyśmy i dowiedziałam się, że ma na imię Josefine. Później wróciliśmy do stolika, na którym tańczyła Megan. Ściągnęliśmy ją na dół. W tym samym czasie zauważyliśmy jakieś poruszenie pod sceną. Szybko okazało się, że noc karaoke się rozpoczęła, a w kolejce pierwsza stała Natalie. 
Wolałam tego nie oglądać. Natomiast Nash zaczął nagrywać występ. Sama nie wiedziałam czy mam mu przerwać czy upewnić się, że nie straci ani sekundy. 
Ostatecznie stwierdziłam, że będę udawać, że nic nie widzę. Wyjęłam telefon, by dowiedzieć się o paru niedobranych połączeniach od kilku różnych osób. Troszkę to olałam i zdecydowałam się napisać do Bucky'ego. 
< witaj, żołnierzu. Jak tam Twoja misja? >
Na odpowiedź musiałam chwilę zaczekać, ale Nat robiąca z siebie pośmiewisko umiliła mi czekanie. 
- Boże, może powinniśmy ją uratować przed tym wstydem? - szepnęłam do siedzącej Obok Niyati, która świetnie się bawiła, grając z Alexem w trzy kubki.
- Niee, daj się jej wyszaleć!
No skoro tak…
< pierwsza zakończona sukcesem, druga jeszcze w trakcie ;) >
< miała być jedna? Przez to wrócisz później? Mogę być w NY tylko dwa dni ;/ >
< nie panikuj, laleczko >
< nie panikuję, bynajmniej! ;P Tylko trochę mi się nudzi i szukam zajęcia. >
< mógłbym z tym coś zrobić > 
< proszę bardzo, masz pole do popisu >
< okej, proponuję taniec >
< nie lubię tańczyć z telefonem. Chociaż ma to swoje plusy… >
< jeśli wolisz telefon to w porządku, ale miałem nadzieję, że jednak wybierzesz mnie >
< szczerze to nie wybrałabym żadnego z was, nienawidzę tańczyć! ;p >
< miałaś odpisać czymś w stylu „jak niby miałabym Cię wybrać, skoro Cię tu nie ma...” >
< okeeej…? Co? >
< Podoba mi się ta sukienka >
< OKEEEEEJ??? >
< NO ROZEJRZYJ SIĘ W KOŃCU! ;D >
Podniosłam wzrok i zobaczyłam go. Stał przy barze, opierając się o blat. W pierwszym odruchu chciałam do niego podbiec, ale zrezygnowałam z tego pomysłu. Uniosłam brwi, po czym wróciłam wzrokiem na ekran. 
< widzę przy barze kogoś wartego uwagi. Chyba muszę kończyć i zainteresować się tym nieznajomym. Nie bądź zły >
< skąd. Właśnie zauważyłem śliczną dziewczynę w barze, udaje niezainteresowaną, ale widzę jak jest naprawdę >
< Jak jest naprawdę? >
< Wystarczyło jej jedno krótkie spojrzenie, żeby zaraz oblać się rumieńcem >
< myślę, że źle to interpretujesz. Ona pewnie za dużo wypiła i tyle >
< Wygląda na całkiem odporną, to nie to >
< Nie możesz po jednym spojrzeniu poznać jak bardzo ktoś jest odporny na alkohol! Nie jest zainteresowana, pogódź się z tym! >
< Nawet jeśli nie jest zainteresowana teraz, to zaraz będzie >
< ??? >
Odważyłam się na niego zerknąć, ale już go tam nie było. Teraz siedział przy barze, całkiem niedaleko mnie. Powiedział coś do kelnerki, a potem sam dostał szklankę z czymś tam. Za chwilę Josefine przyniosła mi tequilę. 
- To od tego chłopaka – dyskretnie wskazała na Bucky'ego – powiedział, że chciałby Cię lepiej poznać, bo wyglądasz zupełnie jak jego wymarzona dziewczyna.
- Serio? Tak nisko upaść?
Jo wzruszyła ramionami i odeszła. 
< Ten gość właśnie przysłał mi drinka >
< Zdecydowanie powinnaś zabrać go ze sobą do domu >
< Nie wiem czy był szczepiony >
< Zawsze możesz zapytać. Tak czy inaczej, ta dziewczyna co chwilę na mnie zerka. Myślisz, że powinienem do niej podejść? >
< zależy czego od niej chcesz >
< Nic takiego, po prostu chcę z nią spędzić resztę życia >
< uważam, że najpierw musisz się przedstawić, a dopiero później możesz oznajmiać takie rzeczy >
< no dobrze, trzymaj kciuki >
Akurat reszta załogi się zmyła, więc miałam całą lożę dla siebie. Żołnierz przysiadł się do mnie i mocno mnie przytulił. 
- Cześć, jestem Bucky – powiedział.
- To ma być imię?
- Buchanan, jeśli wolisz.
- Ktoś o imieniu Buchanan nie może być normalny. Ale to w porządku, bo widzisz… ja też nie jestem normalna.
- Bardzo słusznie. Normalność jest nudna. Więc jak mówią na Ciebie?
- Laleczka. Ale pozwalam na to tylko jednej osobie.
- Mogę Cię ze sobą wziąć?
- Jasne. Tylko się upewnię, że czarodziej jest w formie.
- Nie wnikam…
Namierzenie Vincenta chwilę mi zajęło, a gdy się w końcu udało zapytałam go, czy ciągle jest w stanie wykonać swój trick. Przetestował go na mnie i chociaż naprawdę nie czułam się zbyt pijana, to jednak lekką różnicę zauważyłam. 
- Dzięki. Zaopiekuj się nimi, okej?
- Nawet Druid nie dałby rady się nimi zaopiekować, ale zrobię co w mojej mocy.
Mhm, no dobrze. Cokolwiek mówisz. Wróciłam do Buchanana, wzięłam go za rękę i wyszliśmy, żeby spędzić wieczór na oglądaniu Mentalisty i obżeraniu się słodyczami i aktywnościach nocnych nieokreślonych. 

piątek, 12 sierpnia 2016

NOC SPADAJĄCYCH GWIAZD! :D


To było późne popołudnie, jedenastego sierpnia. Większa część ekipy siedziała w swoich pokojach, odpoczywając przed wieczornymi treningami. W sumie z tego co pamiętałam miały to być tylko dwie jazdy skokowe i na dzisiaj wszystko. 
Oglądałam w piwnicznej sali gier telewizję, wylegując się na kanapie. Obok przysypiała Detalli, a na fotelu rozłożyła się Milka z miską popcornu. Czas mijał powolutku i spokojnie. 
Wtem ze schodów wbiegła uśmiechnięta od ucha do ucha Valentine, budząc przy okazji Det. Mila przytrzymała swoją zdobycz, wiedząc że Val może spróbować ukraść dla siebie trochę prażonej kukurydzy.  Ona jednak była czymś zbyt przejęta. Stanęła nad nami z rękoma ułożonymi na biodrach. 
- Możemy ci w czymś pomóc?… - mruknęłam.
- Boże, Ruska, jak zwykle zapomniałaś! - krzyknęła mi tuż nad uchem, przez co zaraz złapałam poduszkę i próbowałam ją zdzielić, jednak była szybsza i zrobiła unik. Spokojnie, co się odwlecze to nie uciecze…
- No to o czym niby zapomniałam? - zapytam zrezygnowana.
Mila wciąż mierzyła przybyszkę nieufnym spojrzeniem i po kryjomu wcinała popcorn. Det stwierdziła, że ją to nie obchodzi, przykryła głowę kapturem bluzy i znowu zaczęła odpływać do krainy snów. 
- NOC SPADAJĄCYCH GWIAZD! TO DZISIAJ!
Na te słowa poderwałyśmy się z miejsc i wbiłyśmy w nią żądne informacji spojrzenia. 
- Naprawdę? Dzisiaj?!
- Tak! Także robimy grilla nad basenem a potem będziemy oglądać niebo z leżaczków! Tylko się módlcie żeby pogoda dopisała…
Z tymi słowami zrobiła w tył zwrot i pobiegła na górę by dalej głosić radosną nowinę. 
- A ja miałam dziś wracać do domu… - zaczęła Detalli.
- No ale nie możesz jechać bo to przegapisz… Musisz się jeszcze przemęczyć do jutra, kochana. - Posłałam jej w powietrzu całusa. - To może pojedziemy na jakieś zakupy słodyczowe, co?
- Nooo kończą mi się zapasy nutelli, jedziemy – jęknęła Milka, odkładając miskę na stolik.
Det chwilę się pokrzywiła, ale ostatecznie stwierdziła, ze i tak już nie zaśnie i w sumie to też przydała by się jej taka czekolada do poduszki. 
Rozeszłyśmy się do pokoi żeby się przebrać, bo cały dzień sprzątałyśmy padoki i wyglądałyśmy mało reprezentacyjnie. Miałyśmy na ogarnięcie się dwadzieścia minut, przy czym oczywiście musiałam się spóźnić, bo w tym pobojowisku ciężko było znaleźć jakieś nadające się ubrania, ale w końcu się udało. Zeszłam na dół, gdzie w holu dziewczyny stały już gotowe i tylko z nudów próbowały przed lustrem jakieś dziwaczne fryzury. 
- Nie spieszyłaś się – przemówiła grobowym głosem Milka, ale widząc moją minę wywróciła oczami i otworzyła drzwi na szerz, przepuszczając nas. 
- Weźmiemy samochód Alexa – stwierdziła Det, machając do nas kluczykami z logiem ferrari. Uśmiechała się przy tym jakoś dziwnie podejrzanie.
- On nic nie wie prawda?
- Przecież będziemy ostrożne, nie będzie nawet ryski.
- O ile nie będziesz prowadzić, moja droga – Mila zabrała jej klucze w tak błyskawicznym i niespodziewanym geście, że Det została z pustą ręką w powietrzy jeszcze na kilka sekund. W końcu wzruszyła ramionami.
Chciałam zaprotestować i sama zasiąść za kółkiem, ale ledwo otworzyłam usta, a Mila już posłała mi spojrzenie w stylu „nawet się nie wysilaj”. Skapitulowałam i usiadłam z tyłu razem z siorczyćką. 
Silnik pięknie odpalił za pierwszym razem, przyjemnie zamruczał, po czym ruszyłyśmy. Ekhm, praktycznie skoczyliśmy do przodu i z piskiem opon puściłyśmy się drogą wjazdową, kurząc za sobą tak obficie, że nie widziałyśmy absolutnie nic, gdy spojrzałyśmy za siebie. 
Postanowiłyśmy pozostawić to bez komentarza. Tym bardziej, że do miasta dojechałyśmy w miarę bezpiecznie. Zaparkowałyśmy przez pierwszym lepszym sklepem i weszłyśmy do środka. Oczywiście wzięłyśmy duży wózek. 
Od razu skierowałyśmy się na dział ze słodkościami, wymieniłyśmy tylko spojrzenia, a potem zaczęłyśmy pakować wszystko. Dosłownie każdy rodzaj żelków, każdy smak czekolady razy pięć, każde wafelki… no wszystko. Wózek zapełnił się w kwadrans, ale i tak postanowiłyśmy jeszcze iść na dział z warzywami, żeby kupić trochę marchewek. Lody w domu na szczęście już były. 
Przy kasie wyszło dużo za dużo, ale wtedy wyjęłam złotą kartę. Detalli natychmiast ją poznała i uśmiechnęła się zawadiacko. 
- O tym Alex też nic nie wie? - bardziej stwierdziła, niż zapytała, toteż nawet słowem się nie odezwałam.
Pakowanie zajęło nam dłuuugą chwilę, ale we trzy jakoś dałyśmy radę. Potem cudem na wózek i wio do auta. I wtedy okazało się, że ten bagażnik jest maleńki i nie zmieści się do niego nawet połowa zakupów. 
I tym oto sposobem Mila jechała na przodzie z Det, a ja z tyłu z kilkoma wypchanymi do brzegi reklamówkami, które chciały się przytulać na każdym gwałtowniejszym zakręcie. A wszystkie zakręty były gwałtowne. Dziwne… 
Dojechałyśmy do domu jakoś w okolicy 19 godziny. Słońce pomalutku zaczeło zachodzić, ale do ciemnego nieba jeszcze było daleko. Razem z Det poszłyśmy do domu po pomoc z zakupami.
W kuchni siedzieli akurat Alex, Scott i Avery, debatujący nad piwem. Trochę bałyśmy się reakcji pierwszego z panów, no ale przecież teraz to najwyżej pokrzyczy i zacznie lepiej chować kluczyki. Trudno. I tak je znajdziemy…
- Mamy zakupy do wypakowania i jeśli pomożecie to się podzielimy – powiedziałam, a Det ślicznie się uśmiechnęła i zatrzepotała rzęsami. Szturchnęła mnie łokciem, żebym zrobiła to samo, co oczywiście niezwłocznie uczyniłam. Wtedy Alex zerknął przez okno na podjazd… Najpierw pobladł, a potem z imponującą szybkością poczerwieniał na całej twarzy. Dam głowę,że para zaczęła ulatywać z jego uszu.
„Na Milę będzie się bał krzyczeć” - przekazałam telepatycznie siostrze. 
- To nie był nasz pomysł – powiedziała natychmiast. - Nie ma co się denerwować, złość piękności szkodzi, także tego… Po prostu idźcie po te zakupy no!
Avery poklepał go po ramieniu, przez kilka miesięcy małżeństwa nauczył się już, ze nie warto spierać się z kobietami i lepiej odpuścić. Przybiłyśmy piątkę, a panowie akurat minęli się w drzwiach z Milką. 
- Gapił się na mnie jakbym zabiła mu szczeniaczka – prychnęła, oglądając się za siebie.
- On tak czasem ma jak zapomni leków – odpowiedziała Det, smutno kiwając głową. - Później przemycę mu je w kiełbasie, na Charlie'go zawsze działa.
- A czy Charlie nie jest czasem tygrysem?
- W gruncie rzeczy to nie jest duża różnica. Naprawdę.
- Tak, nie wątpię, że poznałaś już Alexa od tej bardzo tygrysiej strony, siostro – zerknęłam na nią zaczepnie, ale nie podjęła się potyczki. Zobaczyła jak Scott wnosi pierwsze torby i od razu zabrała się za przeszukiwanie ich. Wybrałyśmy sobie po jednej rzeczy i poszłyśmy na taras.
Zen królował przy grillu, podczas gdy kilka osób zajęło miejsca na leżakach. Było jeszcze bardzo, bardzo ciepło, więc stwierdziłyśmy, że pomoczymy nogi w basenie, więc usiadłyśmy na brzegu i zajęłyśmy się batonikami. Na niebie błąkały się może trzy chmurki, więc zapowiadała się ładna noc. W przeciągu godziny zjawiło się kilka kolejnych członków załogi, kilkoro z nich w strojach kąpielowych.
Nie zauważyłyśmy ich tak od razu, a raczej dopiero w momencie gdy wpadli do basenu na bombę ochlapując nas bardzo konkretnie. Francis podpłynął do nas (wkurzonych nas) i z tym swoim uśmiechem oparł się o brzeg, pomiędzy Milką, a Det. 
- Co tam, dziewczyny? Boicie się wody?
Detalli chciała mu pocisnąć, ale zanim zdążyła złapał ją za nogi i wciągnął do wody, jednak ciągle ją asekurował, żeby się przypadkiem nie utopiła. Zauważyłam, że do mnie i Milki płyną właśnie Scott i Chris więc błyskawicznie podniosłyśmy się i uciekłyśmy prawie na sam taras.
- Ej, my ją tam zostawiłyśmy z nimi… - moje sumienie kopnęło mnie w tyłek.
- Dooobra, poradzi sobie. W końcu ma pazury, co nie? - odparła Mila.
- No w sumie ma. - Wzruszyłam ramionami.
Obserwowałam wodę, pod którą COŚ się działo i czekałam tylko aż zrobi się czerwona a na wierzch wypłynie ciało Francisa. Jednak okazało się, że nikt nie został zabity, a nawet się dogadali i zaczęli się chlapać. To była prawdziwa wojna i już po piętnastu minutach Aiden musiał włączyć dolewanie wody. 
- Niech ktoś przyniesie te dmuchane rzeczy, widziałam w schowku w piwnicy! - krzyknęła Detalli, a ja zaczęłam się zastanawiać co ona robiła w schowku w piwnicy. Miałam iść, ale przypomniało mi się o pająkach, które tam bywają. Wyręczyła mnie Drey, przed którą pająki uciekają w popłochu.
- Chodź, pójdziemy po lody – z zamyślenia wyrwała mnie Milka.
- O widzisz, to jest dobry pomysł!
W kuchni wyjęłyśmy tyle pucharków ile było aktualnie ludzi w Echo i nałożyłyśmy do nich różne smaki lodów. Dużego wyboru nie było, bo aż trzy: waniliowy, pomarańczowy i jagodowy. Udało nam się to wszystko zabrać nad basem za jednym zamachem, gdyż znalazłyśmy świetne, duuże tacki. Ucieszyli się na tyle, że obiecali nie wciągać nas do basenu, za co grzecznie podziękowałyśmy. Usiadłyśmy na dwóch ostatnich wolnych leżaczkach i jadłyśmy lody. Słońce zaszło, zaczynało się robić szaro, a więc niedługo będzie widać gwiazdy… Akurat Zen skończył robić pierwszą partię żeberek i kiełbasek, Cora rozdała talerze, sztućce i bułeczki. 
- Dobra, to kto idzie dać koniom kolacje? - zapytała, kiedy zorientowała się, że wszyscy wcinali już swoje jedzenie. Spojrzałam na Det, siedziała na brzegu w ociekających wodą ubraniach, ukrywając twarz za na pół zjedzoną bułką. Cała reszta też jakoś nagle zainteresowała się posadzką.
- To niech idą właścicielki tego kołchozu! - zawołał Evan, chyba nie sądził, że wyjdzie mu aż tak głośno i ukrył się za parasolem, gdy skupił na sobie spojrzenia 100% ludzkiej populacji Echo Stable.
- Ale to jest bardzo dobry pomysł – podchwyciła to Cora. - Już, proszę bardzo. Szanowna pani dyrektor jedna z drugą, do roboty!
Westchnęłam, podałam Milce mój talerzyk i udałam się w stronę tarasu razem z Fri. 
- Idę z wami! - usłyszałam za sobą. Mila przekazała obydwa talerze Jasperowi (bardzo zły wybór, już nie zobaczymy tych żeberek) i podbiegła do nas.
Także cała nasza trójka zawinęła się do stajni. Wszystkie konie były już w boksach, a pasze zostały przygotowane z wiadrami podpisanymi imionami koni. Musiałyśmy je tylko zawieść na taczkach do odpowiednich boksów i wsypać jedzonko do żłobów. No i trochę ogarnąć tu i ówdzie. Ja i Friday zajęłyśmy się kolacją dla rumaków, a Mila złapała za miotłę i zaczęła sprzątać korytarz. Kiedy skończyłyśmy to jeszcze sprawdziłyśmy czy wszystko jest pozamykane, a światło wszędzie zgaszone. Mogłyśmy zamknąć stajnię i wrócić do domu. 
Z Milą pomyślałyśmy, że właściwie to mogłybyśmy przebrać się w stroje i posiedzieć trochę w basenie, bo woda była bardzo ciepła. Kiedy już byłyśmy gotowe to jednak złapałyśmy po długim swetrze i ręczniku, bo niedługo miało zrobić się chłodno na dworze. 
Okazało się, że wszystko zajęło nam sporo czasu i było już naprawdę ciemno, pojawiły się też pierwsze gwiazdy. Audrey przyniosła te dmuchane zabawki, ale znalazła w piwnicy także pochodnie z płynem odstraszającym owady. Panowie powbijali je w ziemie dookoła basenu i zapalili, a efekt był niesamowity. Fancis zagwizdał widząc nas na tarasie, ale Det zmierzyła go tak lodowatym spojrzeniem, że skulił się i zamknął w swoim małym brokatowym świecie na dłuższą chwilę. 
Pierwsze co zrobiłyśmy to złapałyśmy się za ręce i biegiem ruszyłyśmy do basenu. Wskoczyłyśmy, pilnując by ochlapać wszystkich siedzących dookoła Jeju, to było cudowne, chciałam jeszcze raz, ale zanim zdążyłam wyjść, to Det rzuciła we mnie piłką.  Sama też wskoczyła już do wody. 
Zaczęliśmy grać w jakąś przedziwną odmianę siatkówki, gdzie każda z drużyn liczyła jedną, max. dwie osoby, a tych drużyn było z sześć. Namachaliśmy się i naśmieliśmy tak, że nie mogliśmy już oddychać, więc zrobiliśmy sobie przerwę. Leżaki były zajęte, więc kilka osób przyniosło zapasowe materace i rozłożyli je na trawie z poduszkami i kocami. No i co że byliśmy mokrzy! Razem z Milą i Det klapnęłyśmy na najbliższym i otuliłyśmy się tymi kocykami, bo jednak jak wiatr zawiał to zgrzytałyśmy zębami. 
Cora przyniosła nam talerzyki z pieczonymi ziemniakami. Przy tym trocę się rozgrzałyśmy, bo były jeszcze bardzo, bardzo gorące i ledwo mogłyśmy je jeść. 
- GWIAZDA! - krzyknęła nagle Amelia, a wszyscy momentalnie spojrzeli w górę, by zobaczyć pierwszą gwiazdkę. 
- Prawie jak wigilia, wszyscy się ekscytują na widok pierwszej gwiazdki… - Uśmiechnęłam się.
- To teraz czekamy na pierwsza spadającą gwiazdkę – westchnęła Mila i położyła się z rękoma założonymi pod głową.
Poszłyśmy za jej przykładem, chociaż słyszałyśmy, że ktoś znowu wskakuje do basenu. Ale nie chciało nam się na razie wstawać, byłyśmy nastawione na te spadające cudeńka. Trochę się nam nudziło, więc Detalli zaczęła opowiadać o treningach ze swoimi młodymi wyścigówkami, a ja uparcie zbaczałam na temat człowieka, który pilnuje rozpiski tych wyścigów, wkurzając ją… 
I nagle zamarłyśmy, bo to na niebie, dosłownie na sekundę, pojawiła się ONA! PIERWSZA SPADAJĄCA GWIAZDA!
- O rany! - powiedziała roześmiana Milka. - Widziałyście?!
- Tak!
- A to dopiero jedna!
Detalli miała rację, bo do tamtej pory co jakiś czas widziałyśmy gwiazdki, które sunęły po niebie i zaraz znikały, ale były tak piękne, że nawet w tak krótkim czasie potrafiły spowodować radość. 
- Nie wiem jak wy, ale ja bym się jeszcze pokąpała… - stwierdziłam, a dziewczyny na to przystały.
W basenie akurat nikogo nie było, więc wydurniałyśmy się same, co jakiś czas robiąc przerwę na gapienie się w górę, albo na jedzenie słodyczy, które wciąż krążyły po ludziach. Mieliśmy taki zapas, że mogliśmy spokojnie się nimi napychać. A Alex wciąż nie zauważył dziwnych anomalii na swoim koncie bankowym, więc panowała sielankowa atmosfera. Francis musiał przyleźć, ale zachowywał się w miarę grzecznie, poza obmacywaniem Det, za co ciągle obrywał od niej albo ode mnie, a ręka z kośćmi z adamantium potrafi wyprowadzić naprawdę solidny cios – brokatowiec się o tym przekonał.
W końcu nie miałam już siły użerać się z nim i tymi dwoma wariatkami, które znalazły sobie świetną zabawę pt. „kto pierwszy załaskocze Ruskę na śmierć”. Wyczaiłam wolny leżak i natychmiast go zajęłam. Akurat obok Aidena, który zlitował się nade mną i zdobył kocyk specjalnie dla mnie. Czy w budżecie stajni przewidziana jest premia za dostarczanie kocyków? 
- To jakie pomyślałaś życzenie? - zapytał,a w tym świetle pochodni wyglądał nie wcale nie najgorzej…
- One za szybko spadają… Życzenie wypowiedziane po zniknięciu się nie liczy – odpowiedziałam, starając się skupić uwagę na niebie.
- Pomyśl krótkie życzenie – przedstawił swój pomysł.
- To musiałoby być bardzo krótkie życzenie. Gdybym była Friday, zatrzymałabym czas i załatwiłabym to na spokojnie, a tak to się człowiek stresuje i jest jeszcze trudniej. Nie potrafię tak szybko myśleć.
Uśmiechnął się, powstrzymując śmiech. Byłam za to wdzięczna, serio. 
- A ty? - zapytałam.
- Kolejna zasada: nie wolno wyjawiać życzeń, bo się nie spełni.
- A mnie to pytałeś!
- Siostro! Uśmiech! -  Usłyszałam nagle, a potem oślepił mnie flesh aparatu. - Bardzo ładnie, leci już do Bucky'ego! - oznajmiła ucieszona, majstrując w telefonie.
- Osz ty!
Zerwałam się i zaczęłam ją gonić, co było trudne, bo musiałyśmy przeciskiwać się między materacami. W końcu, gdy już miałam ją złapać, obydwie trafiłyśmy na przeszkodę, która przytuliła nas do siebie w stalowym uścisku. Spojrzałyśmy w górę i zaniemówiłyśmy na kilka sekund.
- TATUŚ!
Faktycznie, tatuś z sobie tylko znanego powodu stał przed schodami na taras w pełnym umundurowaniu motocyklowym. Zmierzwił nam włosy, jakby i tak nie były dość skołtunione po ciągłym moczeniu i wysychaniu. 
- A co ty tu robisz?
- Przecież sama mi mówiłaś, żebym przywiózł Ci te roboty treningowe – tatuś ścisnął groźnie brwi, mierząc mnie niecierpliwym spojrzeniem.
- Teraz?! Mówiłam o tym dwa miesiące temu!
- Hej, dzieciaku, mam ważne rzeczy na głowie. A co tu się dzieje?
- Oglądamy spadające gwiazdy – powiedziała Detalli, ciesząc się na zmianę tematu i być może atmosfery. Uśmiechnęła się słodko i wskazała na grilla. - Chcesz coś zjeść?
- Niee, ja tylko na chwilę. Gdzie mam zanieść sprzęt?
- Do piwnicy… Czyli oczywiście nie zostaniesz?
- A jak często wy odwiedzacie mnie?
No tak… Tatuś nagle się uśmiechnął. Z tryumfem w oczach.
- No więc właśnie. Bawcie się, tylko żebym się za was nie wstydził. - Spojrzał gdzieś ponad nas – jak się okazało na Francisa, który stał w bezpiecznej odległości, więc z pewnością siebie zasalutował. 
Tatuś westchnął, potem ucałował nas w czółka i poszedł do domu. I tyle go widzieli. 
Resztę wieczoru spędziliśmy na jedzeniu i gapieniu się w niebo. Niektórym szybko się znudziło, ale ja, Milka i Det leżałyśmy tam kilka kolejnych godzin, a potem nie miałyśmy sił iść do póki, więc zgromadziłyśmy więcej koców i spałyśmy na zewnątrz. Przygoda życia. :)

piątek, 22 lipca 2016

Ślub Friday i Avery'ego :D

Ślub Fridy Tasarov & Avery'ego Barlowa

Panowie ostro zabalowali na wieczorze kawalerskim Avery'ego. Wrócili do domu koło piątej rano, a kiedy przyszedł czas by nakarmić konie, żaden ze stajennych nie był w stanie ruszyć się z łóżka, dlatego to Ja, Megan i Nat musiałyśmy przejąć ten obowiązek. Na szczęście koni mieliśmy ostatnio jakoś tak mało, dlatego wyrobiłyśmy się w piętnaście minut. Dziewczyny poszły spać dalej, ale ja jako pierwsza druhna miałam jeszcze parę spraw do załatwienia. Chociaż byłam tylko odrobinę przytomna udało mi się dojść do kuchni, zrobić sobie tosty z nutellą i po raz setny dokładnie przeczytać każdy punkt starannie wypisanego w notesie planu zajęć. Większość prac zostało wykonanych. Zerknęłam na zegarek, który wskazywał ósmą szesnaście, a dosłownie kilka sekund później usłyszałam pukanie do drzwi. Podbiegłam truchcikiem, żeby nikt nie zdążył się obudzić, a na progu zastałam Harry'ego, Vienne, Emilie i paru naszych pracowników, którzy wybrali pracę na rancho albo w jeszcze innym miejscu zamiast w Echo. 
- O jak super, że jesteście! - pisnęłam szczęśliwa i zabrałam się do przytulania każdego po kolei.
- Gdybyś potrzebowała pomocy to także się piszemy – zaproponowała Em, ale zaprosiłam ich do kuchni i wstawiłam wodę.
- Niee, na razie wszystko ogarniamy. Ale dzięki, serio. Za godzinkę budzę Fri i jedziemy do tego hotelu obok kościoła upewnimy się, że wszystko gra, a potem będziemy się stroić. - Wyszczerzyłam się. - A no chyba, że ktoś chciałby się przejechać do Lidera, żeby im pomóc z końmi. Bo Miśka zgodziła się nam pożyczyć Orina do bryczki dla młodych i kilka arabków do obstawy.
- To ja pojadę – zgłosiła się Vienne, a chwilę później Harry zdecydował się do niej dołączyć.
Napiliśmy się herbaty i trochę pogadaliśmy, później pokazałam dziewczynom suknię panny młodej i kiecki dla druhen, a jeszcze później przeszłyśmy się do stajni, żeby wypuścić konie na padoczki. Cały dzień miał z nimi być Francis, doglądając interesu.  Wątpiłam, że potrafi, dlatego wyznaczyłam kilka osób, żeby co trzy godziny przyjeżdżały na niezapowiedziane kontrole…
Wybiła godzina dziewiąta. 
Udałam się na górę i bez pukania wlazłam do pokoju Friday, która spała dziś sama. Avery i reszta wybrali pokoje w domku gościnnym, mądrze przewidując, że nie wyśpią się w domu. 
- Pobudka, księżniczko! - zaświergotałam jej nad uchem i gdybym w porę się nie odsunęła, dostałabym porządny cios w szczękę. Zaraz jednak „księżniczka” oprzytomniała i w sekundę podniosła się do pozycji siedzącej. Na jej twarzy malowało się czyste przerażenie.
- To dzisiaj… - wyszeptała bardziej do siebie.
- Dzisiaj, dzisiaj, kochanie! No już, za pół godziny mamy być w hotelu.
Ale nie ruszyła się z miejsca, więc przysiadłam sobie obok i potrząsnęłam ją za ramiona. 
- Cieszysz się, pamiętasz?! Jesteś szczęśliwa! Powtórz!
- J-jestem szcz-częśliwa – odpowiedziała jąkając się.- Boże, tam będzie tyle ludzi, ja nie dam rady…
- Fri, przerabiałyśmy to – powiedziałam bojowym tonem. - Tak, będzie tam sporo ludzi, ale ci wszyscy ludzie będą ta dla was, bo są waszymi przyjaciółmi i chcą z wami świętować, tak?
- Tak…
- No. To teraz ubieraj się i schodź na śniadanie!
Skinęła głową, a ja zeszłam na dół, mając nadzieję, że usłyszę, kiedy zechce wymknąć się przez okno. Usłyszałam natomiast takie jakby gruchnięcie ciężarówką o ziemie. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam moją siostrę! Natychmiast wcisnęłam się w pierwsze lepsze buty i wybiegłam na powitanie. Kiedy w końcu się od siebie oderwałyśmy zauważyłam Fri, powoli i bardzo cichutko wychodzącą na zewnętrzny parapet. 
- WRACAJ DO SIEBIE I ZA MINUTĘ WIDZĘ CIĘ W KUCHNI! - krzyknęłam, a przerażona prawie straciła równowagę, ale szybko się ogarnęła i wróciła do pokoju. Na straży postawiłam Emilie.
Pierwszym, co przywitało nas w Echo, była prawie-latająca panna młoda. Trzeba przyznać, niecodzienny widok. W sumie to tak nas wszystkich zamurowało, ze nawet nie zwróciliśmy uwagi na komitet powitalny w postaci mojej siostry. Ogarnęłam się dopiero, gdy Ruska rzuciła mi się na szyję.
- Niezłe zamieszanie tu macie... - Skomentowałam, nadal nie mogąc wyjść z podziwu dla Fri i jej umiejętności zachowania równowagi.
- Nie będę mogła z niej spuścić oka ani na sekundkę, bo zaraz ucieknie... - Wywróciłam oczami. - Ale no dobra, zapraszam do środka, jak głodni to śniadanie jakieś tam jest... Za piętnaście minut jadę z Fri juz do tego hotelu, a potem czekamy jedynie na sygnał, siostro. Jeśli chcesz to jedź z nami... właściwie to błagam jedź z nami.. ja sobie z nią sama nie poradzę.. a reszta już sobie dojedzie do kościółka, transport załatwiony... To co? - popatrzyłam na nią błagalnie. 
- Jasne, tylko daj zjeść! Ktoś jeszcze z nami tam jedzie? W ramach... dodatkowej obrony?
Nim w ogóle Ruska zdązyła się zastanowić, za ręce zaczęła nas szarpać Khaleah. Tak długo, dopóki nie zwróciłyśmy na nią uwagi.
- Dlaczego jakaś pani biegnie na bosaka do stajni? - Zapytała, wskazując na dziewczynę, która biegła z taką prędkością, ze tylko Q byłby w stanie ją dogonić.
- No cholera jasna - warknęłam pod nosem. - To... to wy ten, idźcie zjeść, a ja ją złapię i chyba zwiążę i nie wiem co dalej.
Ruszyłam galopem za uciekinierką i próbowałam ją dogonić przez cała stajnię, pościg trwał dalej wzdłuż padoków, aż w końcu znalazłam dobry skrót żeby przeciąć jej drogę i znienacka zeskoczyłam z dachu garażu prosto na nią. Poturlałyśmy się po trawniku, aż zatrzymał nas płot pastwiska. 
- Jeśli zrobisz to jeszcze raz, przysięgam na Odyna, że przywiążę cię do krzesła i będziemy cię tak wszędzie nosić! Nawet na ołtarz!
Ta wizja wydała jej się równie przerażająca, więc powoli skinęła głową. Pomogłam jej wstać i mocno trzymając za ramię, zaprowadziłam ją do domu. Nie mogła nic przełknąć, więc tylko siedziała i czekała. W końcu byłyśmy gotowe, więc Det zabrała kiecki, ja zabrałam Fri i udałyśmy się do garażu. Zdecydowałyśmy się wziąć nasza stajenną toyotą i zgrabnie zapakowałyśmy się do środka. Uroczystość miała odbyć się w uroczym, niedużym kościołku znajdującym się tuż nad brzegiem oceanu. Nasz hotel, w którym miało odbyć się wesele, stał właściwie jeszcze bliżej wody, a z duużego tarasu można było po schodkach zejść na plażę. Udałyśmy się do recepcji hotelu, żeby wskazano nam pokoje. W międzyczasie przybył manager, który oprowadził nas po przygotowanych salach i pokojach dla gości, kiedy tylko odłożyłyśmy nasze rzeczy. Pierwsza część przyjęcia miała odbyć się w ogromnej balowej sali, prześlicznie przystrojonej kwiatami. Właśnie rozstawiano tam okrągłe stoliki i krzesła, montowano scenę dla wynajętego zespołu… Wszystko było zupełnie pod kontrolą, dlatego ze spokojem mogłyśmy udać się do pokoju panny młodej. Obsługa przygotowała wszystko o co prosiłyśmy, dostałyśmy też stolik z przysmakami. 
- Muszę skoczyć do kościoła, żeby się upewnić, że o niczym nie zapomnieli. Popilnujesz jej? - zapytałam siostry konspiracyjnym szeptem.
Po chwili niepewności zgodziła się, nerwowo zerkając na Fri, która wyglądając przez okno chyba właśnie opracowywała kolejny plan. 
- Jestem pewna, ze sobie poradzisz. - Uśmiechnęłam się od siostry, po czym chwyciłam torbę i wyszłam.
Droga do kościoła zajęła mi zaledwie pięć minut. Na szczęścia tam także prace przebiegały bez zarzutu. Dwie miłe staruszki dekorowały właśnie ławki małymi bukiecikami. Porozmawiałam z nimi chwilę, a kiedy byłam pewna, że nie mają żadnych problemów – wróciłam do hotelu. Po drodze zadzwoniłam do Vienki, która wraz z Harry'm była już w Liderze. Czyścili koniska, niedługo mieli wyruszać. Przedzwoniłam też do Megan, żeby ogarnęła pana młodego, bo intuicja podpowiedziała mi, że wciąż przebywa on w krainie snów. 
Na korytarzu spotkałam się ze spanikowaną siostrą. Nie musiałam nawet pytać co się stało… 
Razem wyruszyłyśmy na poszukiwania panny młodej, która albo zdołała uciec gdzieś bardzo daleko, albo dobrze się schowała. Po dwudziestu minutach postawiłyśmy na nogi wszystkich pracowników, którzy przeczesali każdy kąt budynku. Zrezygnowana i zmęczona bieganiną oparłam się na chwilę o otwarte na szerz drzwi tarasu i zobaczyłam dwie siedzące postacie na schodkach na plaże. Było zbyt daleko bym mogła je rozpoznać, ale pełna nadziei ruszyłam w tamtym kierunku. Kamień spadł mi z serca, gdy zobaczyłam Friday, a obok niej siedział chyba…
- Ilja? - zapytałam zdumiona.
Facet spojrzał na mnie z delikatnym uśmiechem i byłam już pewna. 
- Nie wiedziałam, że przyjedziesz, ale świetnie, że jesteś! - zawołałam wesoło, a zaraz potem wysłałam siostrze sms z informacją, że Fri została znaleziona.
- Było trudno znaleźć kogoś, kto by mnie podwiózł, ale się udało – odparł spokojnie, po czym wstał, pomagając sobie barierką. - Mój prezent nie przeszedłby przez ochronę na lotnisku.
- No domyślam się. Fri, mogłabyś łaskawie iść do pokoju i założyć swoją suknię ślubną?
Friday ciężko westchnęła, ale ostatecznie zgodziła się iść za mną, po drodze badając każdy korytarz i budując w głowie plany budynku. Ilja dostał swój pokój. 
Detalli znakomicie sprawdzała się w roli kosmetyczki. Dość szybko wyczarowała prawdziwe arcydzieło na bladej twarzyczce Fridy. Nawet ona sama była pod wrażeniem i jakoś zaprzestała prób ucieczki. Do pokoju wkrótce zapukała także zamówiona fryzjerka, która zaplotła coś czego nie umiem nazwać, ale jednocześnie coś cudownie pięknego z włosów Fri. Dodatkowo gdzieniegdzie powsadzała maleńkie białe różyczki, a więc całość prezentowała się bajkowo. Przyszedł czas na założenie sukni. 
W międzyczasie ciągle dzwoniłam do ludzi i upewniałam się, że radzą sobie z powierzonymi zadaniami. Konie były już prawie na miejscu, goście powoli się zjeżdżali. 
Khali i Remy miały rozsypywać płatki kwiatów w drodze do ołtarza w kościele i tą rolą trochę się denerwowały. Natomiast Sky wybłagała rolę ochroniarza, dzięki czemu nie musiała zakładać sukienki, a coś na kształt szpiegowskiego kostiumu, który na urodziny sprawiła jej Heilari. Dostała bezprzewodowy komunikator i kręciła się wszędzie, wypatrując zagrożeń.
Zajrzała do nas Megan, żeby zobaczyć jak nam idzie i udokumentować kilkoma zdjęciami i filmikami przygody Fridy. Na szczęście tych przygód aż tyle nie było, chociaż ręce jej drżały i co chwilę latała do łazienki. 
Ktoś zapukał, a po chwili do pokoju wsunęła się głowa Miśki. Wyszłam na korytarz żeby się z nią przywitać. Miała na sobie śliczną niebieską sukienkę.
- Jejku, wyglądasz pięknie! Przypomnij mi czemu jeszcze nie byłam na twoim ślubie?
- A o to musisz się pytać Alexa. - Pokazała język i rozejrzała się po korytarzu. - Wszystko okej na razie?
- U nas tak. A jak koniska?
- Wszystko gotowe. To znaczy wiesz, jeszcze koni moi ludzie nie ubierali, bo zanim oni wyjdą z kościoła to trochę minie, ale nie bój nic, wyrobią się na czas.
- Okej, będzie dobrze, Będzie cudownie – powtarzałam, przekonując samą siebie.
Wtedy pojawiła się uśmiechnięta od ucha do ucha Amelia.
- Mam przekazać, że Avery jest w znośnym stanie i gdyby co, to jesteśmy gotowi. Zostało dwadzieścia minut do odjazdu – powiedziała na jednym wydechu i pobiegła gdzieś.
- Okej… - westchnęłam i tak jakoś popatrzyłam na siebie i zdałam sobie sprawę, że jeszcze się nie przebrałam. Ale co tam, bryczesy były dość czyste.
Pognałam do siebie i raz dwa wcisnęłam się w lawendową kieckę, taką samą w jakiej miały wystąpić Valentine, Lilia i Natalie. Ogarnęłam włosy i  było w porządku. Fri stała przed lustrem w gotowości, a przynajmniej we względnej gotowości, bo ciągle trzęsła się jak galareta. 
- Pięć minut i wychodzimy – powiedziałam. Detalli też poszła do swojego pokoju, coby się jeszcze dopracować, a na kanapie siedziała Val.
Widząc moje wymowne spojrzenie blondynka wstała i wymknęła się na korytarz, tymczasem zaprowadziłam Fridę na kanapę. 
- Zobaczysz, to najpiękniejszy dzień w twoim życiu – powiedziałam łagodnie, uśmiechając się do niej. 
- Na razie nie jest zbyt pięknie, nie dobrze mi.
- Bo się głupia stresujesz. No już, podbródek w górę, łap bukiet i do boju, dziewczynko! - podałam jej piękny bukiecik z różyczek. - Wiedziałam, że to się kiedyś stanie. Od kiedy tylko się poznaliście – dodałam.
- Serio? - Jej wyraz twarzy nieco się zmienił, uspokoił.
- Wszyscy wiedzieli, ale potem zaczęliście się bawić w tą przyjaźń i powoli traciliśmy nadzieję… aż tu nagle…
Fri próbowała ukryć uśmiech, ale nie wychodziło jej to zbyt dobrze. Przytuliłam ją i zaraz pomogłam jej wstać, po czym poprawiłam suknie i spojrzałam na nią z pewnej odległości. 
- Idealnie – skomentowałam.
Miała na sobie nowe buty, przepiękny stary sznur pereł, który dostała tego dnia od Ilji, a który podobno należał do jej prababki, pożyczone ode mnie kolczyki oraz ozdobną srebrną spinkę z niebieskim kamieniem szlachetnym, którą ofiarowała jej Amelia. Tak wyposażona musiała zostać szczęśliwą mężatką. Zadzwoniłam do Megan, która potwierdziła, że goście są już w kościele i mamy parę minut żeby dojechać.
Detalli spotkałyśmy już na korytarzu, w długiej, delikatnej fioletowej sukni. Razem zeszłyśmy na dół, gdzie przed wejściem czekał na nas Alex w swoim Ferrari. Kiedy nas zobaczył wysiadł by otworzyć drzwi, a za chwilę później ruszyłyśmy. 
Droga zajęła nam dosłownie dwie minuty…
Pod kościołem stało tylko kilkoro ludzi z Lidera, którzy mieli jechać na konikach, a komuś przypadło powożenie Orinem. Bryczka była nieskończenie piękna, lekka, biała, przystrojona kwiatami… jeźdźcy w eleganckich strojach, konie miały też kwiaty w grzywach, wszędzie kwiaty! 
Fri zapatrzyła się na siwki, ale lekko popchnęłam ją do przodu, bo by się spóźniła na własny ślub. W przedsionku stały druhny, Khali i Remy oraz Milka. 
- A gdzieś ty była cały dzień? - zapytałam ostatniej.
- Szukałam sobie partnera – prychnęła.
- Znalazłaś chociaż?
- Trzech… - Na jej ślicznie umalowanej twarzy pojawił się uśmiech zdobywczyni. Stłumiłam w sobie śmiech i zerknęłam na Fri. Dobrze, że makijaż ukrywał jej z pewnością zielonkawe kolorki… Ścisnęłam ją za rękę, żeby dodać otuchy. Val, Nat i Lilia pewne, że wszystko gra poszły bocznym wejściem na swoje miejsca. Trochę poddenerwowane dziewczynki zaciskały dłonie na swoich koszyczkach z kwiatami. W końcu przyszedł Ilja, który miał zaprowadzić pannę młodą do ołtarza. Wtedy razem z Detalli ucałowałyśmy nasze małe cukiereczki, które miały stać się gwiazdami i szybko pobiegłyśmy tych jakże dziś często przecieranym bocznym szlakiem. Drużbą Avery'ego został Evan, jako jedyny przyjaciel tego oszołoma. Wchodząc na swoje miejsce obok druhen uśmiechnęłam się do nich, dając znać, ze wszystko gra. Det miała już przygotowane siedzisko na jednej z kilku ławek, które zaklepała sobie ekipa WM. Po drugiej stronie Miśka z Alexem i kilkoro ludzi z Lidera, z którymi znaliśmy się już kawał czasu. Dalej po obu stronach pracownicy Echo, poprzeplatani z różnymi osobami z przeszłości bliżej lub dalszej, którym Fri i Avery zdecydowali się wysłać zaproszenia. Połowy z nich zupełnie nie kojarzyłam, część znałam wyłącznie z opowieści.
W końcu wszyscy się zebrali, organista powoli zaczął grać i wtedy otwarto wrota. A za nimi były tylko te dwie małe diablice i ani śladu panny młodej. 
- Znowu? Cholera, znowu!? - wyrwało mi się i potruchtałam w bardzo niewygodnych, ale bosko pięknych butach między ławkami. Wychyliłam głowę na zewnątrz i zobaczyłam jakże piękny widok uciekającej panny młodej, która goniona przez Ilję załączyło turbodopalanie. Już ładowała się na jednego z liderowych arabków kiedy złapał ją jakiś chłopak, który chyba miał na tym koniu jechać.
- Trzymaj ją! - usłyszałam krzyczącego Ilję i oczywiście pognałam za nim.
W międzyczasie ludzie powychodzili z kościoła żeby obejrzeć show. 
Ściągnęliśmy ją z tego konia, postawiliśmy na ziemi, mocno trzymając, żeby nie uciekła po raz już któryś tego dnia i pytamy o co chodzi. Stwierdziła, że nie wie dlaczego się zgodziła, że się boi, że wraca do domu i takie tam głupoty. Zdecydowałam się na ostateczne wyjście. Ona musiała sobie porozmawiać z Averym, bo najwyraźniej tylko on mógł przemówić jej do rozumu. Zaprowadzono nas do małego pokoiku w kościele, zostawiłam tam Fri i pilnowałam drzwi dopóki Ilja nie przyprowadził pana młodego. A praktycznie niósł go nad ziemią za kołnierz, cały czas szepcząc mu coś na ucho z bardzo groźną miną. Wpuściłam go, zamknęłam drzwi i oparłam się o nie, żeby nie mogli uciec. 
Ludzie wrócili do kościoła, ponownie zajęli miejsca, wcześniej robili uciekającej zdjęcia, więc teraz pokazywali sobie fotograficzne zdobycze i generalnie panowała wesoła atmosfera. Po piętnastu minutach usłyszałam pukanie, więc otworzyłam drzwi. 
Friday i Avery wyglądali na spokojnych, trzymali się za łapki i właściwie sprawiali wrażenie pewnych siebie, co uznałam za bardzo dobry znak. Raz dwa zaprowadziłam Fri tam gdzie stac powinna i dla pewności postawiłam obok Ilji Bucky'ego, który miał bronić wyjścia. 
- Nikt stąd nie wyjdzie dopóki oni się w końcu nie pobiorą – powiedziałam tak żeby cały kościół mnie usłyszał, ale miałam już serdecznie dość gonienia Friday. Musi się mnie bać bardziej niż ślubu. To była całkiem niezła metoda.
Skinęłam głową na organistę, który z lekka niepewnie, ale zaczął na nowo grać odpowiednią melodię. Chwila skupienia, tworzyły się wrota i… uff, wszyscy w komplecie. Dziewczynki w miarę szybko pozbyły się tremy, widząc same znajome twarz i śmiało ruszyły na przód, rozrzucając płatki. Zaraz po nich ruszyła Friday i prowadzący ją Ilja. Nasz były weterynarz pilnował by panna młoda nie wykonała nagłego zwrotu i szczęśliwie doprowadził ją aż do ołtarza, gdzie przejął ją Avery, również od razu łapiąc za rękę. Zachwycony wzrok pana młodego, który przebywał wówczas w pewnego rodzaju transie, szczerze mnie rozczulał. 
Ceremonia była krótka, ale za to poruszająca i jeśli ktoś słuchał, mógł się nawet wzruszyć. Nie spuszczałam wzroku z Fri, jednak nie wyglądała już  jakby chciała uciekać, a z Averym byli w siebie wpatrzeni jak w obrazek. Dziewczyna nie potrafiła powstrzymać łez radości, a ja w końcu zdobyłam chusteczkę od Any  i podałam młodej, coby w porę uratowała makijaż. Zarówno ona jak i jej wybranek wypowiedzieli przysięgę bez zająknięcia i nie mieli żadnych wątpliwości, kiedy przyszło im powiedzieć sakramentalne „tak”. 
Stało się, od tej chwili wszystko się zmieniło i miałam 99% pewności, że zmieniło się na lepsze. Wszyscy uśmiechali się na ich widok, kiedy wychodzili razem z kościoła. Ludzie rzucili kilka garści ryżu, a usłużny Lance podsunął im skrzyneczkę z dwoma białymi gołębiami. Ptaki wleciały w górę i spuściły bombę na biednego Jaspera, któremu jednak parę dziewczyn pomogło, podarowując chusteczki. 
Bryczka z Orinem podjechała pod schody, a obok niej siwe arabki w roli obstawy. Zapakowali się do środka, a Ci co mieli samochody – pojechali za nimi trąbiąc ile wlezie. Reszta zdecydowała się iść na pieszo, bo to przecież tylko kawalądek. 
Wszyscy po drodze podziwiali konie, trochę tamowaliśmy ruch, ale wyjątkowo nikt nie miał nam tego za złe. W końcu wszyscy dotarli do hotelu, bardzo głodni zresztą, więc od razu zaprowadzono nas do stolików. Przy wejściu znajdował się czytelny plan, więc każdy z łatwością znalazł swoje miejsce. 
Kelnerzy podali pierwsze danie, które bardzo szybko poznikało z talerzy. Czekając na coś bardziej treściwego niż zupa, goście dorwali się do butelek z trunkami, które pięknie ozdobione stały na stołach. To był ten moment kiedy powinnam wstać, zwrócić na siebie uwagę wszystkich ludzi i powiedzieć coś miłego. Ciężko było się przemóc, ale pomogło mi jedno spojrzenie na młodą parę, która wymieniała między sobą szeptem jakieś miłe słówka. Wiedziałam, że Fri nie pożałuje tej decyzji i ona sama też już to wiedziała. 
Skinęłam na kelnera, stojącego przy drzwiach. To był znak by podać szampana. Kiedy każdy otrzymał swój kieliszek wstałam, a członek zespołu przyniósł mi bezprzewodowy mikrofon. No dobrze…
- Cześć wszystkim, mogę prosić o uwagę?… - zaczęłam nerwowo się śmiejąc, kiedy usłyszałam mój trochę zmodyfikowany głos. Wszystkie spojrzenia grzecznie powędrowały w moją stronę. - W imieniu naszej uroczej młodej pary dziękuję wam wszystkim za to, że tu jesteście i świętujecie ten wspaniały dzień. Friday jest moją przyjaciółką od ponad dziesięciu lat, tak, tak, przyznajemy się, kochanie. –Zerknęłam na nią, uśmiechniętą i zawstydzoną, że o niej mówię. – Pamiętam, że zarzekałaś się zostać starą panną, pilotem myśliwca, uczestniczką olimpiady. Nie do końca wyszło, ale hej, skończyłaś nawet lepiej! Powiedziałam ci dzisiaj, że od zawsze wiedziałam, że ty i Avery w końcu skończycie jako para i myślę, że nie tylko ja – spojrzałam na kilka znajomych twarzy, które pamiętały czasy, gdy Fri i Ave dopiero się poznali. - I wszyscy jesteśmy w szoku, że przez tyle lat udawało wam się być tylko przyjaciółmi! Serio, nie pojmuję jak to się wlokło! Boże, wiem, jestem beznadziejna w mowach, ale wszystko to co chcę przekazać to to, że niesamowicie się cieszę, jak wszyscy tutaj. Jesteście cudowną parą. Życzę wam żebyście już na zawsze pozostali sobą, żebyście potrafili przebrnąć razem przez każdą przeszkodę… chociaż w waszym przypadku to te przeszkody będą pewnie wybuchać, co? Dostaliście jakieś armatki? Pewnie, że tak. Wszystkiego, ale to absolutnie wszystkiego najlepszego! - Uniosłam kieliszek, tak samo jak reszta zebranych i po głośnym okrzyku „za młodą parę!” wypiliśmy szampana.
Przytuliłam Fri i uśmiechnęłam się do Avery'ego. Szczęśliwe iskierki ciągle lśniły w ich oczach i nie mogłam przestać cieszyć się z tego widoku.  Jedliśmy posiłek, rozmawiając na przeróżne tematy, ale tylko te miłe. Problemy zostawiliśmy daleko za sobą. Dziś liczyły się tylko miłe chwile i wspominanie radosnych momentów. Goście porozsiadali się wedle własnego widzimisię, wciąż zmieniając miejsca, żeby z każdym zamienić przynajmniej po dwa słówka. Do nas wkrótce przysiadła się Detalli, upewniając się uprzednio, że Loki ma oko na Ciri i Remy, które zaczęły się nudzić, więc należało się spodziewać jakiejś drobnej rozróby z ich udziałem. 
- Dużo szczęścia i radości – powiedziała mocno przytulając obydwie gwiazdy wieczoru za jednym zamachem. - To wielkie różowe pudło to od nas gdyby co – dodała z tajemniczym uśmieszkiem.
- Na waszym miejscu nie spieszyłabym się z otwieraniem – szepnęłam do Fri, mając średnio dobre przeczucia odnośnie prezentu, ale Det szturchnęła mnie w ramie, doskonale słysząc co powiedziałam.
- Nie panikuj, siorczyćko! Przecież nie chcemy tutaj ofiar, wszystko bezpiecznie, zgodnie z przepisami BHP i tak dalej, i tak dalej…
- A potem się okaże, że to bestia z Jotunheimu – westchnęłam.
- No to najwyżej uśpiona zaklęciem, bo nie warczy i nie próbuje dać nogi z kartonu.
Fri wzruszyła ramionami. 
- Powiesz mi tylko czym ją karmić i nie ma problemu – powiedziała wesoło, a siostra postała mi triumfalne spojrzenie.
- Widzisz? Nie ma problemu. A teraz idę zerknąć na stolik z deserami…
- Ale wiesz, że taka bestia dużo je? - wtrącił się Avery, który do tej pory tylko się przysłuchiwał. - Najpewniej wcina konie… - zaryzykował, a widok przerażonej miny Fridy okazał się być tego warty, jak wywnioskowałam po jego uśmieszku.
- Nie dam mu do zjedzenia żadnych koni! - prychnęła, tupnęła nogą i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej.
- To mogę wam dać na pożarcie Alexa!
Jak spod ziemi przy stoliku pojawiła się Miśka, ciągnąca Alexa za kołnierz koszuli. Wyrwał się jej, posyłając jej mordercze spojrzenie, a potem z dumą rozprostował pogniecione ubranie. 
- Może się nie znamy za dobrze, ale dwie koniary się zawsze dogadają! - zwróciła się do Fri – Dużo szczęścia, zdrówka, pomyślności i radości! No i pożytku z męża – powiedziała melodyjnie, puszczając oczko Avery'emu, żeby nie miał jej niczego za złe. - W ogóle to musicie w końcu wpaść do naszej stajni, urządzimy sobie jakiegoś grilla. No oczywiście jak już wrócicie z miesiąca miodowego – dodała szybko. - A gdzie się wybieracie, gołąbeczki?
- Niedaleko, do Los Angeles – odpowiedziała Friday. - I to tylko na dwa tygodnie. Nie chcę zostawiać koni na dłużej…
- Ah, mam to samo. Strach zostawić te wszystkie championy z takimi patafianami – wytknęła język, zerkając porozumiewawczo na Alexa, który zniecierpliwiony wepchnął jej w usta ciasteczko.
- No, chociaż na chwilę będzie spokój – stwierdził zadowolony z siebie. - Odwiedzicie nasze stare miejscówki?- zagadnął przyjacielsko.
- Nat mówiła, że nikt już nie obserwuje naszego garażu, także czemu nie… - odparł Ave, obejmując swoją małżonkę ramieniem, uśmiechając się przy tym szelmowsko.
- Jak się poznaliście? - zapytała Miśka, skończywszy już ciasteczko z malinami.
- Długa historia… - szepnęła Fri, rumieniąc się przy tym  na całej twarzy. - Ale miałam kłopoty i ktoś postanowił mi pomóc… - dodała trochę głośniej, zwracając wzrok na Avery'ego, który ucałował ją delikatnie w czoło.
- Pomijając fakt, że wcale pomocy nie chciałaś i tydzień zajęło mi samo przekonywanie, że mogę coś w tej sprawie zrobić.
- Czy to nie twój ojciec? - zapytał mnie Alex, zawieszając wzrok na wejściu.
Natychmiast popatrzyłam w tamte stronę i uśmiechnęłam się do siebie. 
- No wiecie, wesele oznacza darmowy alkohol, co nie?
- A wesele Rosjanki… - podchwycił to Alex. - Profesor Logan pewnie spodziewa się całej cysterny wódki – zachichotał pod nosem, ale zaraz potem w sekundę podniósł się z krzesła i biorąc Miśkę za rękę zwiał, kiedy tatuś zaczął iść w naszą stronę. Jego ubiór mocno odstawał od definicji „strój galowy”, ale nikt nie miał mu tego za złe. Albo raczej nikt nie odważył się mieć mu tego za złe.
- Alex nawet nie miał z nim treningów – westchnęła Fri. - A i tak wie, że lepiej jest się ewakuować.
Uśmiechnęłam się do niej i wstałam, żeby zaraz potem rzucić się tatusiowi na szyję. 
- Nie wiedziałam, że przyjedziesz – powiedziałam trochę oskarżycielskim tonem, prowadząc go do stolika pary młodej.
- Byłem na drugim końcu kraju, kiedy raczyłaś mi o tym powiedzieć, dziecino. Jakoś się udało.
Wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki butelkę, po czym majestatycznym gestem ustawił ją przed nowożeńcami. 
- Najlepsza whisky jaką udało mi się znaleźć, Tasarov – powiedział, a Fri uśmiechnęła się promiennie. Avery nieco bardziej zachowawczo. Tak w razie gdyby trzeba było w pół sekundy pochwycić miłość swojego życia i uciekać gdzie pieprz rośnie.
Ale tatuś był dość przyjaźnie nastawiony, widać wspominał chwile, gdy Frida miała jakieś dwanaście lat i przybyła do Instytutu. Wspominał jak to musiał nas łapać wieczorami, gdy próbowałyśmy się wymykać, a później wlepiał nam szlabany. Albo zabierał na dodatkowe treningi. Trzy razy cięższe niż reszta dzieciaków. Ale dzięki temu wyrobiłyśmy sobie kondychę i śmigamy pięknie na naszych rumakach. Tak, zawsze należy szukać optymistycznych aspektów. 
- A ty – pogroził palcem Avery'emu – lepiej żebym nie usłyszał o tobie złego słowa, bo jak nie…
- Wystarczy!! - przerwałam mu radosnym głosikiem. - Avery na pewno domyśla się co go czeka, jeśli nie będzie traktował Friday jak księżniczki. To może teraz zwiedzisz barek, co? I Det gdzieś tu jest, jeszcze nie wie, że się pojawiłeś.
Nie spuszczając oka z chłopaka skinął głową i powoli się oddalił. 
Friday śmiała się z bladej twarzy swojego wybranka jeszcze przez chwilę po odejściu tatusia. 
- Wiesz, Profesor Logan nie rzuca słów na wiatr, także trzymaj się tej wersji z księżniczką – powiedziała rozbawiona, a on tylko rzucił jej trochę obrażone spojrzenie. - Szkoda, że Ororo tu nie ma, uwielbiałam mieć z nią zajęcia… - westchnęła po kilku minutach ciszy, kiedy to w trójkę obserwowaliśmy tańczących na parkiecie gości.
- Powinnaś kiedyś pojechać do Bayville, zresztą ja też powinnam, więc zrobimy sobie jakąś większą wycieczkę latem, co ty na to? - zapytałam.
- Jestem bardzo, bardzo za. - Uśmiechnęła się.
- Hej, a co z tobą? – zapytałam Avery'ego, nagle zdając sobie sprawę, że nie mam pojęcia ani skąd pochodzi ani czy ma jakąś rodzinę…
- Nic ze mną – odparł najspokojniej na świecie. - Pójdę po jakieś ciasto czy coś słodkiego – postanowił i odszedł w stronę stolików ze słodkościami. 
- Nie lubi o tym mówić – niespodziewanie odezwała się Fri. - Mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, której o wszystkim powiedział… Wybacz, ale nie mogę zdradzać niczyich tajemnic. - Uśmiechnęła się przepraszająco.
- Nie, nie… byłam tylko ciekawa, ale jeśli to nic miłego to nie było tematu i przepraszam, że w ogóle pytałam. A teraz powiedz mi jak się czujesz ze świadomością, że od jakichś trzech godzin jesteś mężatką? - zapytałam delikatnie szturchając ją w bok, dzięki czemu nam obydwu humory znowu zaczęły dopisywać.
Na jej twarzy po raz kolejny dziś pojawiły się piękne rumieńce.
- Chyba dam radę się przyzwyczaić – powiedziała po chwili, z wesołością kiwając głową. - Wiesz, kiedy to wszystko zaczęło się dziać, to znaczy, kiedy powiedzieliśmy sobie co jest grane, strasznie przejmowałam się tym co inni pomyślą i chociaż wtedy wszyscy odebrali tę wiadomość świetnie to dziś i tak bałam się o to samo. Ale teraz widzę, że oni naprawdę się cieszą i nikt nie krytykuje. Bez przerwy ktoś przychodzi i składa życzenia, co jest niesamowicie miłe! Nawet kiedy ta sama osoba robi to już czwarty raz, bo jest już po kilku drinkach i nie pamięta co się z nią działo – mówiła, obserwując z uroczym uśmiechem gości bawiących się w najlepsze w wielkiej sali.
Avery pojawił się z godnym podziwu zbiorem ciast, ciasteczek, galaretek i cukierków na kilkunastu talerzykach, które udało mu się przynieść za pierwszym podejściem. Pełna podziwu biłam mu brawo, zyskując sobie odrobinę sympatii, dzięki czemu dostało mi się kilka kawałków przepysznego wypieku.  
Pojedliśmy, pogadaliśmy, a później Ave zabrał Fridę na parkiet, mimo jej ogromnej niechęci. Zapierała się rękami i nogami, jak złapała krzesło to Avery pociągnął ją razem z nim przez pół sali, gdzie dopiero zdecydowała się poddać. Chris zlitował się i odstawił mebel.
Kiedy tylko zespół zorientował się, że para młoda w końcu zdecydowała się zatańczyć, natychmiast poprosili o zrobienie im miejsca i zwolnili tempo. Goście, którzy byli wtedy na środku chętnie zeszli na krańce wolnego miejsca, przeznaczonego właśnie do tańców, albo rozeszli się do stolików, żeby stamtąd oglądać młodych. 
Strasznie zawstydzona ukryła twarz w marynarce swojego partnera, który z kolei uśmiechał się i prowadził ukochaną w rytm spokojnej i prześlicznej melodii. 
Próby ucieczki były jeszcze bardziej widoczne, ale nie udało się jej ani razu. Dopiero gdy skończyli taniec, a wszyscy goście nagrodzili ich oklaskami, Avery pozwolił się jej zaprowadzić w jakiś ustronny kąt, gdzie mogła w spokoju ochrzanić go z góry na dół. Ale jak znam życie to nie będzie się na niego gniewała nawet pięciu minut. 
Humory utrzymywały się nam na najlepszym poziomie, bawiliśmy się świetnie. Kiedy słońce zaczęło zachodzić na salę wjechał wielki tort, a w nim kilka racy, które od razu zwróciły na siebie uwagę wszystkich zebranych. Wypchnęłam Fri i Avery'ego na środek kiedy tylko iskierki przestały wydobywać się stamtąd na wszystkie strony. Kelner podał im narzędzia do krojenia i przenoszenia kawałków na talerzyki, które stały tuż obok kilkupiętrowego ciasta. 
Kiedy każdy miał swój kawałek wróciliśmy do stolików, gdzie wcinaliśmy naprawdę przepyszne ciacho. Większość ludzi brała dokładkę, aż w końcu nic nie zostało. 
Zespół miał wtedy przerwę, więc siedzieliśmy tak jeszcze, gawędząc sobie na tyle, na ile pozwalało nam dotychczasowe upojenie alkoholowe. Urządziłam sobie nawet z siostrą zawody, które wygrał tatuś… Przyszedł w ostatniej rundzie i duszkiem wypił całą wielką butelkę nawet nie wiem czego po czym najzwyczajniej w świecie zgarnął ostatni, ale to najostatniejszy kawałek tortu jaki się uchował, a który był właśnie nagrodą. 
Musiałyśmy się zadowolić pucharkami z lodami i sosem czekoladowym.
- Hmm… dawno nie widziałam dzieci… – stwierdziła Det, w którymś momencie, gdy tak sobie siedziałyśmy i wcinałyśmy deser.
Rozejrzałam się po sali  i faktycznie nie odnalazłam ich wzrokiem. 
Szybko dokończyłyśmy lody, bo mamy swoje priorytety, po czym ruszyłyśmy na poszukiwania. Remy i Ciri znalazłyśmy na plaży gdzie z włóczni Lokiego zestrzeliwały mewy. 
- Tak nie wolno! - krzyknęłam. - Do pokoju, ale to już!
- Ale tatuś pozwolił! - broniła się Ciri z obrażoną miną, kiedy Det już zdołała ją złapać. Z niemałym trudem, bo mała zaczęła się teleportować.
- Ja już sobie z tatusiem porozmawiam… - zapowiedziała bojowym tonem Detalli i z zacięta miną ruszyła w stronę pokoi. Rozstałyśmy się na korytarzu.
Wcześniej przywiozłam z domu jakieś kolorowanki, kredki, cuda niewidy, więc Remy nie miała wymówki. Przyrzekłam, że będę do niej zaglądać co dziesięć minut, więc ma nie próbować żadnych numerów. Obrażona zabrała w kąt książkę o księżniczkach i udawała, że wcale mnie nie słyszy. 
Kiedy wróciłam na dół ktoś wpadł na pomysł, że Frida powinna koniecznie rzucić za siebie bukiet, żeby któraś z panien miała okazję go złapać i tym sposobem pokazać swemu wybrankowi, że ma ochotę za niego wyjść. Bo oni tacy niedomyślni. Stanęłam sobie z boku i obserwowałam jak dziewczyny walczą o dobrą miejscówkę na parkiecie zarezerwowaną na tę chwilę tylko dla nich. Ale kiedy to kwiatki zostały wyrzucone w powietrze przez pannę młodą, poszybowały nieco dalej niż ktokolwiek by się spodziewał i niespodziewanie wpadły w ręce Sky. 
- Nawet mowy nie ma! - powiedział groźnie Bucky, który stał nieopodal. - Oddaj to komuś w tej chwili!
Spłoszona i nie do końca wiedząca co się dzieje Sky odrzuciła bukiecik, który zwinnie złapała wówczas Miśka. 
- Ha! - wykrzyknęła z dumą.
A potem zorientowała się, że wszyscy na nią patrzą, więc przyjęła odpowiednią postawę, wcale nie zdradzającą, że przed chwilą wykonała zdumiewający skok i to w dość wysokich szpilkach, po czym z pełną gracją ukryła się w tłumie. Oczywiście zaraz rozległy się brawa, a wkrótce zespół zaczął grać jakieś skoczne pioseneczki i goście zabrali się do tańczenia. Widziałam jeszcze tylko jak Buck zawzięcie tłumaczy coś Sky, która tylko przewraca oczami, ale nie interweniowałam, bo cóż, pewnie miałabym jej do powiedzenia to samo. Ona wciąż jest przekonana, że przeprowadziliśmy się ze względu na jej chłopaka. 
Fri dzierżąc w ręku butelkę szampana zaciągnęła mnie na taras, ale jako, że przebywało już tam sporo ludzi to zeszłyśmy sobie na plażę, zostawiając buty na schodkach. Było już ciemno i spacer nad brzegiem oceanu w takich warunkach robił wrażenie. 
- Szczęśliwa, że nie dałam ci uciec z kościoła? - zapytałam rozbawiona.
- Nie wiem jakby było, gdyby się udało… - zaczęła, udając, że żałuje, iż nie mogła się o tym przekonać. - Pewnie, że szczęśliwa – powiedziała w końcu. - Nawet to, że jest tam z czterdzieści osób jak nie więcej jest świetne. I nawet to, że wszyscy ciągle się patrzą. I nawet to, że mam na sobie kieckę. I nawet to, że jutro będę miała takiego kaca jak nigdy. I nawet to, że…
- No już ci chyba faktycznie starczy tego… - przerwałam jej ze śmiechem, zabierając butelkę, z której co chwilę brała kilka łyków. Zaszłyśmy już bardzo daleko od hotelu, więc zawróciłyśmy trochę zbyt gwałtownym ruchem, przez co prawie wylądowałyśmy w piasku, ale jako udało nam się zachować równowagę.
- A próbowałaś wiśniówki od Ilji…?  - zapytała robiąc taką minę, jakby owa wiśniówka nie była darem od weterynarza, a dziełem samego Boga.
- Nie zdążyłam…
- Dostaliśmy kilka butelek w prezencie, ale cii – dodała trochę bełkocząc.
- Kochana, muszę cię już chyba odstawić mężusiowi, bo mi tu zaraz padniesz.
- Mężuś też już trochę pada, od kiedy Loki czymś go poczęstował. Mi też chciał wcisnąć, ale ja nie ufam tym asgardzkim trunkom.
- No i bardzo słusznie, bardzo słusznie…
Zaprowadziłam ją do sali i usadziłam na krześle. Fri zajęła się jedzeniem, a  wkrótce dołączył do niej Avery, który faktycznie wyglądał troszkę niewyraźnie. 
Ludzie generalnie zaczęli odpadać. Wszyscy mieli zarezerwowane pokoje, a ci, którzy nie potrafili trafić tam samodzielnie, mogli liczyć na pomoc trzeźwiejszych przyjaciół. Kiedy ostatni raz zajrzałam do Remy także już spała, uprzednio zostawiając mi długi na całe dwadzieścia słów list z niewyobrażalną ilością błędów. Uznała, że może faktycznie nie powinna była strzelać do ptaków i przeprosiła. 
Po drodze na salę spotkałam Milkę w szampańskim humorze, która mimo wszystko chyba nie wypiła wiele. Roześmiana złapała mnie pod rękę i tanecznym krokiem poprowadziła na taras. 
- Ruska, mam trzy numery od gości z WM i cztery z Lidera, sami piękni chłopcy, mówię ci, jestem dziś w formie – wyznała, po drodze łapiąc talerzyk pełen czekoladowych ciasteczek z czyjegoś stołu.
- No właśnie widzę, nieźle się trzymasz.
- Nie miałam nawet czasu żeby się napić czegoś mocniejszego, wiesz? - powiedziała zaskoczonym tonem. - Poważnie. Ciągle praktycznie któryś „zatańczymy?”.”a mogę panią prosić do walca?” albo „może przejdziemy się na plażę, księżyc jest dziś taki piękny...” - mówiła.
Usiadłyśmy na barierce tuż obok schodków i gapiłyśmy się na fale i wspomniany księżyc.
- Fakt, księżyc jak na zamówienie. A któryś z tych panów ma szanse na coś więcej? - zapytałam z ciekawości.
Przez chwilę trochę wykrzywiała twarz, namyślając się. 
- Czy ja wiem… Zobaczymy jak to będzie. Ale dostaną szansę, szansę mogę dać.
- Wspaniałomyślnie – stwierdziłam ze śmiechem.
- No wiem! - wykrzyknęła zadowolona. - Zimno jednak, wiatr się wzmaga – dodała po chwili spokojniej i westchnęła. - Ja wrócę do środka i przyniosę jakiś obrus czy coś, żeby się przykryć. Chcesz też?
- Nie, dzięki.
Milka wzruszyła ramionami i zgrabnie zeskoczyła na podłogę po czym zniknęła między grupkami ludźmi, którzy także wyszli na taras, żeby się trochę przewietrzyć. 
Mila nie wracała od piętnastu minut, więc uznałam, że znowu wdała się w rozmowę z jakimś młodzieńcem i nie ma co liczyć na jej rychły powrót. Wobec tego wróciłam do sali, bo akurat podano kolację. 
Dochodziła trzecia w nocy. Musze przyznać, że na placu boju zostali już tylko maruderzy. Nawet Sky, która kilka dni wcześniej przy luźnej pogawędce zarzekała się, że wytrzyma do samego końca, smacznie spała już w swoim i Remy pokoju. 
- To kiedy ślub? - zapytałam z szerokim uśmiechem, kiedy spotkałam Alexa przy takim uroczym kąciku z przeróżnymi babeczkami.
- Nie denerwuj mnie, Rus – powiedział, ale widziałam, że na jego twarzy też czai się taki maleńki, niemal niewidoczny uśmieszek.
- Ja rozumiem, że ty pozujesz na takiego wiecznego kawalera i tak dalej, mój drogi, ale obydwoje wiemy jak to z tobą jest naprawdę. Kochasz ją i to na zabój. Jesteście już ze sobą parę ładnych lat, mimo tych wszystkich drobnych kłótni, naprawdę świetnie się dogadujecie. W końcu nie wytrzymalibyście ze sobą tyle czasu, gdyby tak nie było, prawda?
Nie miał wyjścia, musiał się ze mną zgodzić. 
- Mogę pomóc wybrać pierścionek, gdyby co. - Wyszczerzyłam się.
- Dobra, dobra, dam znać jak będę potrzebować wsparcia – odpowiedział w końcu, a na mój radosny pisk zareagował w odpowiedni dla siebie sposób -  wcisnął mi w nos babeczkę z ogromną ilością kremu. Oczywiście dał nogę, zanim zdążyłam się odwdzięczyć.
Udałam się do łazienki, żeby zmyć z siebie krem o smaku… truskawkowy. Tak, to był na pewno truskawkowy. 
- Nie pytaj – rzuciłam do Fridy, która akurat myła ręce. - Ale babeczki mają bardzo dobre – dodałam po chwili.
- Wiem, wiem, próbowałam, ale ja je jadłam, a nie wciągałam nosem, więc możemy mieć nieco różne wrażenia.
Posłałam jej lodowate spojrzenie, ale później zgodnie razem wróciłyśmy na salę. Zostało na oko licząc piętnaście osób. Chociaż może czternaście i pół, bo Det przysypiała na ramieniu Lokiego, który okrył ukochaną swoją marynarką i nawet nie próbował poruszyć choćby ręką, byle by tylko jej nie obudzić. 
Przez chwilę patrzyłam na nich z uśmiechem, a później zaczęłam się zastanawiać gdzie podział się Bucky. W końcu wypatrzyłam go przez okno. Rozmawiał na tarasie z tatusiem i choć moją pierwszą reakcją była myśl „Jezus Maria, już biegnę na ratunek!” to zaraz stwierdziłam, że w sumie wygląda to na zwyczajną rozmowę i dopóki nie leje się krew, nie muszę wstawać z wygodnego krzesła. 
Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, ale w końcu wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że dłużej nie damy rady. Dochodziła piąta, kiedy ostatnich kilka osób wyszło, a ja i Fri dałyśmy znać kelnerom, że już idziemy i żeby zapakowali nam trochę jedzenia, które zostało, ale resztę mogą sobie wziąć dla siebie, jeśli tylko mają ochotę. 
Jakoś doczłapaliśmy się na drugie piętro, miały miejsce pożegnalne buziaki w policzki i życzenia dobrej nocy, po czym każdy grzecznie trafił do swojego łóżeczka. Zasnęliśmy wszyscy szczęśliwi i wykończeni.