Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teren. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teren. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 stycznia 2017

61. (teren) Ravenna, *Moet II, Selma Drye

Ravenna & Ruska
*Moet II & Detalli
Selma Drye & Blaze

Od kiedy tylko moja siostra zdecydowała się złożyć mi wizytę, zaczęłam kombinować jakby tu ją najlepiej wykorzystać. Ustaliłam nam zatem plan treningowy, którego początkiem miał być terenik. Kiedy okazało się, że wraz z Det przyjeżdża Blaze ucieszyłam się jeszcze bardziej, bo to nie dwa konie będą ruszone, a trzy! 
We wtorek rano, zaraz po śniadaniu, dziarsko wyruszyliśmy do stajni. Wcześniej ustaliliśmy jakie weźmiemy konie. Ja wiedziałam od samego początku, że biorę moją nową gwiazdeczkę – Ravennę. Detalli zdecydowała się na Moeta, kiedy tylko dowiedziała się, że wraz Selmą przyjechał na kilka tygodni do Echo. Blaze wskazał na pierwszego konia, którego zobaczył, którym była właśnie Sel.
Przynieśliśmy sobie sprzęt i zaczęliśmy przygotowywać rumaki do drogi. Szło nam sprawnie, bo wszystkie trzy konie były z natury raczej spokojne i ułożone. Kiedy tylko siodłanie dobiegło końca wyprowadziliśmy się wszyscy przed stajnie, gdzie jeszcze podociągaliśmy popręgi i wsiedliśmy. Te trzy rumaki o jasnej maści wyglądały obok siebie prześlicznie i próbowałam nawet zrobić zdjęcie, ale Ravi zaczęła się otrzepywać i prawie zleciałam na piach. 
Ruszyliśmy!
Żwawym stępem ruszyliśmy w stronę lasu, ja i Det z przodu, a Blaze gdzieś za nami, nie chcąc się mieszać w nasze ploteczki. Poza tym akurat wypłynął temat Eretrii, więc trochę się z pana trenera podśmiewałyśmy… 
Koniska szły bardzo żwawo. Chciały już biec przed siebie, ale grzecznie reagowały na spowalniające sygnały. Selma trochę ciągnęła za wodze, ale Baze szybko przywołał ją do pionu. Wiedziała już, że nie ma do czynienia z początkującym, więc postanowiła być łaskawa. Monetowi ostatnio troszkę się przytyło, ale dzięki temu wyglądał bardziej misiowato. Maszerował z dumnie uniesioną głową i uważnie obserwował otoczenie. Ravi też rozglądała się na boki, ale nie była aż tak podekscytowana. 
Przejechaliśmy przez całą główną drogę w lesie, a kiedy mieliśmy skręcić w węższą ścieżkę musieliśmy się rozdzielić. Det stwierdziła, że wjedzie na koniec, bo nam się Blaze zgubi i nawet nie zauważymy. Naburmuszony trener, ostatecznie rozjaśnił nieco swoje oblicze, gdy moja siostra posłała mu jeden ze swoich najlepszych uśmiechów. 
- Ruszamy kłusem – ostrzegłam i jednocześnie ze skrętem w lewo, wypchnęłam Ravi do wyższego chodu.
Każdy z koni zareagował na to z wielkim entuzjazmem i przez dobre dwa kilometry trzymaliśmy niezłe tempo. Jechaliśmy tak sobie w milczeniu, bo dzień był tak piękny, że rozmowa wszystko by popsuła. Było bardzo ciepło, wiał lekki wietrzyk, świeciło słonko, ptaszki śpiewały… a my znajdowaliśmy coraz to bardziej zawiłe ścieżki. Dobrze że mieliśmy kaski, bo inaczej pewnie powybijalibyśmy sobie oczy gałęziami. W końcu wjechaliśmy na drogę, która z lasem graniczyła tylko z jednej strony, bo z drugiej znajdowały się pola. Troszeczkę zwolniliśmy, żeby odsapnąć, bo niedługo mieliśmy zagalopować. 
Kilkanaście metrów przed Ravenną przebiegł zając, a ona jedynie odprowadziła go wzrokiem, nawet nie wybijając się z rytmu. Parsknęłam śmiechem i poklepałam ją po szyi, wiedząc, że przy niejednym koniu leżałabym właśnie na ziemi. Obejrzałam się za siebie, żeby sprawdzić, czy Monet i Sel też dobrze to przeżyły i oczywiście obydwa konie były zupełnie wyluzowane. 
W końcu wjechaliśmy na duuużą łąkę. 
- Galop! - krzyknęłam radośnie i zanim zdążyłam docisnąć łydki, to moja klaczka już wystrzeliła przez siebie.
Nadała sobie raczej spokojne tempo, więc zdecydowałam się na pełny siad i tak sobie patatajałyśmy, dopóki nagle z obu stron nie prześcignęło mnie pozostałe towarzystwo. Det i Blaze urządzili sobie wyścig, a ja naprawdę prawie padłam na zawał jak nagle minęli mnie z hukiem i efektami specjalnymi! 
- My się nie mieszamy w te rytuały godowe – powiedziałam do Ravi, która zaakceptowała to z pewnym rozczarowaniem.
Tymczasem Monet i Selma galopowali obok siebie, próbując swoich najlepszych sztuczek by prześcignąć rywala. I tak wiedziałam, że Mo wygra, bo to był Mo, ale niech sobie Blaze myśli, że ma jakieś szanse. Szybko jednak zaczął zostawać w tyle, a Selma nawet bryknęła kilka razy z niezadowolenia, czym jeszcze bardziej wydłużyła dystans. Monet pognał przed siebie, niemal straciłam go z oczu. Blaze i Sel jednak się nie poddawali i po tym małym występie znowu zaczęli nadrabiać zaległości w pełnym galopie.
W sumie to nie wiedziałam, gdzie pojechali, a szukanie ich mogłoby być ryzykowne (potem szukalibyśmy się nawzajem przez trzy godziny), więc zdecydowałam się zostać na łące i poskakać sobie przez bardzo wąski strumyk, który przepływał przez fragment łąki. Ravi się ucieszyła, ja też i z radością kicałyśmy tak sobie przez jakiś czas. Wprowadzałam też jakieś elementy ujeżdżeniowe, na przykład ustępowanie od łydki w kłusie, ale klaczka dopiero uczyła się takich rzeczy i wychodziło tak sobie.
W końcu nadjechały moje kochane papużki, ramię w ramię, uśmiechnięte i ciężko oddychające. Ale co się działo w lesie, pozostało w lesie. 
Przywitałam się z nimi skinieniem głowy i zawróciłam, żeby czasem nie parsknąć śmiechem. Spokojnym kłusikiem zaczęliśmy się kierować w drogę do domu. Jechaliśmy w tym samym ustawieniu, bo wszystkim pasowało. Była jeszcze jeden odcinek, na którym zagalopowaliśmy  - droga pod łagodną górkę. Koniska miały trochę radochy, a później już tylko kłus i dalej stęp aż do samej stajni. Przez większość tego rozstępowywania konie miały luźniejsze wodze, odpuściliśmy im też po jednej dziurce z popręgów. Pod stajnią zsiedliśmy i od razu zdjęliśmy cały sprzęt, a konie poszły na padoki: Mo na swój i dziewczyny na swój. 

środa, 10 sierpnia 2016

34. (wytrzymałościowy) Faridya, Niespokojna Muza, Biscuit Revolution, Avenue of Heroes

Data: 10 sierpnia 2016
Godzina rozpoczęcia: 6: 04
Rodzaj: trening wytrzymałościowy w formie terenu
Uczestnicy:
Faridya & Harry
Biscuit Revolution & Scott
Niespokojna Muza & Detalli
Avenue of Heroes & Ruska

Dzisiaj planowaliśmy zrobić koniom porządny trening wytrzymałościowy, z tą drobną różnicą, że nie na torze. Chcieliśmy zabrać je na łono natury, dać im trochę frajdy, szczególnie, że zaczął się właśnie dla nich sezon i potrzebowały czegoś takiego jak teren. 
Cały wieczór planowaliśmy trasę tak, aby wycieczka była wymagająca, ale nie zbyt trudna dla młodego konia wyścigowego. Kiedy już obgadaliśmy te kwestię udałam się  Det nakarmić konie i wtedy doszłyśmy do wniosku, że właściwie to mogłybyśmy się zamienić…
I takim sposobem, kiedy zwlekłam się z łóżka o 5:30 rano, po ogarnięciu się, ruszyłam w stronę siodlarni po sprzęt dla Hero. Nie miałam jeszcze tej przyjemności by jeździć na kasztanku, ale co tam. Jednakże kiedy dotarłam do jego boksu… okazało się, że był on pusty. 
Odłożyłam siodło na wieszak i rozejrzałam się po stajni. Większość koni próbowała jeszcze spać. 
- I need a hero – zanuciłam, powoli ruszając korytarzem. Może ktoś wsadził go do złego boksu?
- A Ty co jeszcze nie przy koniu? - dobiegł mnie głos Harry'ego, który czyścił sobie Fari. Zatrzymałam się na chwilę.
- No bo muszę go znaleźć… nie ma go u siebie…
- Ruska, przecież pół godziny temu zaprowadziłem je na karuzelę. Mówiłem Ci wczoraj. Obudź się wreszcie.
- Rany, no dobra, zapomniałam, wielkie mi halo…
- Masz dwie minuty.
Uśmiechnęłam się do niego najsłodziej jak potrafiłam i ruszyłam na zewnątrz. Ale gdy doszłam na karuzelę… ona też była pusta. No cholera, co się tutaj dzieje…
Wróciłam do stajni. Bo co miałam robić…
A w boksie stał sobie Hero, skubał sianko i tylko popatrzył na mnie przelotnie, kiedy stanęłam przy drzwiach. Pierwszy raz widzę konia, który potrafi się teleportować.
- Zauważyłem, że  jeszcze go nie sprowadziłaś, więc… cóż, nie musisz dziękować – odezwał się Scott, przechodzący obok z ogłowiem Biscuita.
Zdusiłam w sobie wszelkie emocje i skinęłam głową. Miałam jakieś 40 sekund na wyczyszczenie i osiodłanie, co oczywiście mi się nie udało, chociaż Hero był grzeczny. W ogóle wszystkie konie były grzeczne, bo jeszcze trochę zaspane. Uporałam się też ze sprzętem. Założyłam kask i wyprowadziłam sobie konia na zewnątrz, gdzie czekali już wszyscy. Detalli dumnie wyprostowała się, siedząc na Muzie. 
- To jedyny taki przypadek w tym tysiącleciu! - powiedziałam, grożąc jej palcem.
- Tak, tak, wmawiaj sobie.
No nic. Podprowadziłam kasztanka do schodków i wskoczyłam na jego grzbiet. Miałam być prowadzącą, więc od razu ruszyłam stępem w stronę pastwisk. Ustawiłam sobie odpowiednio długie puśliska, a w międzyczasie spojrzałam za siebie. Za Hero dreptał sobie Biscuit – jeszcze zupełnie senny. Cud, że się nie wywalił, bo nogi stawiał naprawdę przedziwnie. Za nim człapała Faridya, wyjątkowo grzeczna. Co prawda żeby nie stracić formy ciągnęła od czasu do czasu za wodze, ale nic poza tym. Muza jak zawsze dumnie stawiała swoje kopytka, ale widać była, że także miałaby ochotę na dodatkową godzinkę snu. Całkowicie ją rozumiałam. No ale dzięki temu mogliśmy odwalić kawał dobrej roboty jeszcze przy znośnej temperaturze. 
Stępowaliśmy sobie między płotami pastwisk, które o tej porze były jeszcze puste. Zielona trawa trochę pobudziła zmysłu naszych koni. Zaczęły podnosić głowy, stawiać uszy, rozglądać się po okolicy. Szczególnie żwawe zrobiły się wtedy, gdy były już pewne, że nie idziemy zwyczajową drogą, a wjeżdżamy do lasu. 
Hero bardzo chętnie przyspieszył, a za nim cała reszta. Mój kasztanek sprawiał lekkie wrażenie beczki pełnej prochu, przy której wystarczy odpalić zapałkę, a od razu wybuchnie. Wodze trzymałam napięte, ciągle przypomniałam mu, że jestem na górze i go pilnuje. 
Za sobą słyszałam narzekanie Scotta na lenistwo gniadego ogiera. Widocznie nawet poranny spacer po lesie nie był aż tak mobilizujący, jak przypuszczałam, że jest. Natomiast Faridya odzyskała swój standardowy nastrojnik – diablica. Zaczęła się buntować, szarpać, sama nie wiedziała czy najpierw chce przyspieszyć czy się zatrzymać. Harry dzielnie próbował z nią walczyć, ale zdecydował że po prostu ją przetrzyma i liczył, że zgrzecznieje. To nie mogło być zbyt komfortowe dla Muzy, która w każdej chwili mogła zarobić kopniaka, więc trzymała się mocno z tyłu. 
Przejechaliśmy w takim ustawieniu i takim tempie około kilometra drogi, gdzie wystawały korzenie. Musieliśmy uważać, ale już niedługo przedostaliśmy się na piaszczystą alejkę, która była przez nas sprawdzona. Była bezpieczna. Mogliśmy więc śmiało zakłusować. 
- No to kłusem, moi drodzy! - krzyknęłam głosem starej nauczycielki.
Hero zupełnie nie miał z tym problemu – od razu płynnie przeszedł do kłusa i tylko na chwilę za wysoko uniósł głowę, jakby chciał stanąć dęba, ale szybko odpuścił. Nawet Biscuit nie miał problemu z przyspieszeniem, co spotkało się z aprobatą Scotta.   Faridya chyba była usatysfakcjonowana tempem, bo zaprzestała haniebnych praktyk i szła w miarę grzecznie. Dzięki temu Muza mogła trochę nadgonić, ale i tak trzymała się kilka metrów za zadem Fari.
Jechaliśmy kłusem dość długo, ale starałam się często zmieniać tempo. Trasa była ustalona, więc każdy wiedział co robić i nie musiałam już krzyczeć. Ta piaszczysta, droga była dobra dla mięśni naszych koni, które musiały zmęczyć się nieco bardziej, niż gdyby biegły po twardszym podłożu. Tutaj ich kopyta lekko się zapadały, ale bardzo podobało im się to ćwiczenie. 
Po mniej więcej 20 minutach byliśmy już głęboko w lesie. Ścieżka znacznie się zwęziła, a pod kopytami zamiast jasnego, miękkiego piasku, mieliśmy zwyczajną, raczej utwardzoną ziemie. Mogliśmy ledwo zwiększyć tempo. Poruszaliśmy się więc całkiem szybkim kłusem, starając się wyciągać konie jak najmocniej. Podobało mi się to jak bardzo robiły się rozluźnione. Widocznie były zachwycone przejażdżką tak samo jak i my. 
W planie mieliśmy 6 kilometrów, a pokonaliśmy już 2. 
W końcu nadeszła moja ulubiona część trasy – rejon pokryty był górkami i dolinami, po których zasuwaliśmy żwawym kłusem w sporych odstępach. Fari kilka razy bryknęła, ale to z radości. Harry stwierdził, że chodzi teraz wyjątkowo posłusznie. Biscuit zapomniał już o swoim lenistwie i biegł nie wolniej niż reszta zastępu. Przy okazji wcale nie przypominał już siebie, a nieco zmężniał dzięki zaangażowaniu w bieg.
Ten pagórkowaty, leśny krajobraz nie był wcale taki duży, ale spędziliśmy tam dużo czasu kręcąc się w te i we wte. Wszystkim ogromnie podobała się jazda tam i wcale nie chcieliśmy jechać dalej. Ale przydałoby się w końcu zagalopować. W tym celu ruszyliśmy w kierunku północnym.
Rozciągała się tam płaska jak stół dolina, długa na ponad dwa tysiące metrów. Wszyscy wiedzieliśmy co to oznacza… Gdy tylko wyjechaliśmy z lasu, każdy z koni zagalopował od zaledwie delikatnego muśnięcia łydką. Nie chcieliśmy pozwolić im na rozproszenie się i ściganie bo to nie był cel tego treningu. Robiliśmy wszystko, by utrzymać konie w zastępie i choć było to szalenie trudne – udawało się. 
Galopowaliśmy naprawdę bardzo szybko, ale nie było to tempo wyścigowe. Nie stawialiśmy na prędkość, a na wytrzymałość, której naszym koniom jeszcze brakowało. Wkrótce poddały się i przestały szarżować, chociaż bardzo chciały. Zaufały nam, zwolniły i pozwoliły się prowadzić. Chwaliliśmy je, co tylko utwierdziło je w przekonaniu, że podjęły dobrą decyzję. Fari z początku buntowała się najmocniej, jak to ona, i jako ostatnia opuściła gardę. Kiedy to się jej jednak udało, musiałam aż obejrzeć się za siebie i zobaczyć to na własne oczy.
Galopowała równiutkim tempem, ze zwyczajnie ustawioną głową, a nie jak zwykle zadartą, albo ruszającą się na wszystkie strony. Nawet nie tuliła uszu i wcale nie wyglądała na wkurzoną. 
Konie zmęczyły się już po ¾, ale przecież musieliśmy biec dalej. Oj będą miały jutro zakwasy… my może też. To był dla nich ogromny wysiłek, a jeszcze musieliśmy wrócić stamtąd do domu! Poprawią sobie kondycję jak nic. 
Kiedy dojeżdżaliśmy na skraj łąki, zaczęliśmy pomału zwalniać. Hero trochę się spocił i ciężej oddychał, ale miał jeszcze trochę siły. Biscuit wyglądał jakby wygrał życie, był cały szczęśliwy i równie co szczęśliwy to i zmęczony. Faridya cała mokra, ale też wyglądała na zadowoloną. Z kolei Muza wydawała się być najbardziej zmęczona z nich wszystkich. Będziemy musieli dać jej dodatkowe treningi wytrzymałościowe, bo się biedulka zamęczy. Mimo że na razie i tak jeździ tylko na krótko dystansowych gonitwach, a w tym wymiata. 
No nic. Zwolniliśmy do kłusa, ale był to szybki kłus. Nie zamierzaliśmy im nagle zupełnie odpuścić. Skierowałam cały zastęp w kierunku odpowiedniej drogi, która była pokryta jasnym piaskiem. Konie znowu poczuły, że się zapadają i musiały się postarać, żeby utrzymać tempo. Poruszaliśmy się tak dość długo, chociaż robiliśmy później przerwy na chwilę zwykłego marszu. Przejechaliśmy także przez płytki strumień, a to jak się okazało przywróciło koniom trochę energii. Dzięki temu jakoś dotarliśmy na skraj lasu, a w oddali widać było już pastwiska Echo. Muza radośnie zarżała na ten widok, jedyne o czym teraz marzyła to odpoczynek w boksie. Ale musieliśmy jeszcze trochę postępować. Wszystkie cztery konie były naprawdę wykończone, ale starały się nas nie zawieść i dzielnie stępowały we wskazanym kierunku. Minęliśmy pastwiska, gdzie jeszcze na chwilę zakłusowaliśmy, żeby szybciej przejechać obok koni, które się tam już pojawiły. Zaczęły nas zaczepiać, a że były to głównie klacze, to ogierki troszkę się buntowały i chciały spędzić w ich towarzystwie trochę czasu. No niestety na postoje nie mogliśmy się zgodzić. Bez zsiadania wjechaliśmy na pustą halę. Scott podjechał do  panelu i ustawił trochę chłodniejszą temperaturę, żeby dać nam trochę otuchy po męczącym treningu. 
Po hali stępowaliśmy sobie jakieś piętnaście minut. Żeby się nie zanudzić próbowaliśmy sobie jakichś wolt czy serpentyn, a konie po terenie były naprawdę bardzo rozluźnione i elastyczne, więc szło im wyjątkowo dobrze. Później zeskoczyliśmy z nich i od razu zaprowadziliśmy na myjkę. Chris, Evan, Zen i Sky przynieśli nam kantary z uwiązami i odnieśli sprzęt do masztalerki. Koniska zostały opłukane, sprawdziliśmy im jeszcze dokładnie nogi i spokojnie mogliśmy odprowadzić je do boksów. Dochodziła 8:30, kiedy spojrzałam na zegarek w kuchence, gdzie udałam się zaraz po wyklepaniu Hero. 
Padłam na kanapę zaraz obok Det, która nie mogła już ruszyć nawet ręką. 
- Nie jadę z wami już nigdy więcej. NIGDY!
- Ja też już z nami nie jadę – odparłam na wpół żywa. Nie wstanę z tej kanapy przez co najmniej dwie godziny. 

piątek, 22 lipca 2016

24. (teren) Tenerife Sea, Jasmine Victory, Hulkbuster

Ruska - Tenerife Sea (Avalon)
Megan - Jasmine Victory
Audrey - Hulkbsuter

Dopiero na pod koniec lipca świat wrócił do normy, a stajnia zaczęła funkcjonować nieco aktywniej poza pojedynczymi treningami i lenieniem się na pastwiskach. Ale dzięki takiej labie konie nabrały energii, były chętne do jakiejkolwiek pracy z powodu wszechobecnej nudy i słuchały się bardziej niż zwykle. 
Pomyślałam, że w sumie fajnie byłoby się wybrać w teren. Siedziałam akurat wówczas na ganku, a z domu wyszła Megan. Przeciągnęła się, po czym nasunęła kapelusz kowbojski na czoło, by nie raziło jej grzejące naprawdę mocno słońce. 
- Uroki Kalifornii – powiedziała, kiedy zdała sobie sprawę w mojej obecności. Nie byłam pewna czy jest zadowolona, czy właśnie narzeka.
- Mogłybyśmy wziąć konie i pojechać w teren nad jezioro. Co Ty na to?
- O widzisz. Wreszcie gadasz z sensem, Ruska. Wezmę Vicka, przyda mu się porządny galop po lesie.
- To ja podkradnę Fridzie Avalona. Ona i tak jest teraz na wakacjach.
- No i dobra. To widzimy się za 10 minut przy bramie, stoi?
Skinęłam głową i podniosłam się z bujaczki. Wtedy zorientowałam się, że mam na sobie strój mocno nie jeździecki, ale tak bardzo nie chciało mi się przebierać…
- Hej, Meg!
- Co?!
- Możemy na oklep?!
- Niech będzie!
Cudownie. Cała w skowronkach pobiegłam do stajni i po drodze łapiąc z wiadra przy drzwiach marchewkę, ruszyłam do boksu Avalona. Siwek stał sobie grzecznie i wcinał sianko. Z początku łypnął na mnie trochę nieufnie, ale kiedy zobaczył co dla niego mam – zmienił nastawienie.  Trochę się już znaliśmy, więc nie był zły, kiedy weszłam do środka i zaczęłam go czyścić. Przy okazji wymiziałam go po pyszczku i wtedy już oboje byliśmy zupełnie szczęśliwi. 
Ogier nie był ani trochę brudny, najwyraźniej ktoś z Jego fan klubu już go dziś szczotkował. Poszłam więc po ogłowie, gdzie spotkałam Megan robiącą dokładnie tę samą rzecz. Ale w pomieszczeniu przebywała także Audrey, czyszcząca siodło Hulka. 
- Co wy dwie planujecie? - zapytała, zerkając na nas spod byka.
- Jedziemy w teren. Na oklep. Nad jezioro. Chętna? - Megan od razu wyrwała się do odpowiedzi i wyszczerzyła zęby.
- W sumie… Ale teren na Hulku bez siodła to czysta głupota, także biorę cały sprzęt.
- To za pięć minut przy wyjściu!
Widziałam jak Megan idzie na koniec stajni do swojego rumaka, a za chwilę to samo robi Drey. Tamte koniska nie były tak grzeczne i nie chciały stać w miejscu, podczas gdy Avi spisywał się doskonale. Szybko założyłam ogłowie i wyprowadziłam mojego pięknego wierzchowca przed stajnię, gdzie znajdowały się drewniane schodki, zrobione przez naszych dzielnych stajennych. 
Nie ruszył się, kiedy wsiadałam, a starałam się to zrobić jak najdelikatniej. Siedziałam już na nim dwa razy – raz na rozprężali podczas zawodów i raz rozstępowywałam go po jeździe. Ale nigdy bez siodła. Boże, jaki on był wygodny! <3 
Zadowolona ostrożnie zebrałam wodze, trzymając go na lekkim kontakcie, ale bez szaleństw. Sterowałam łydkami i dosiadem, a równie dobrze, mogłabym właściwie trzymać go za grzywę. Ale zła Fri obcięła mu ją tak, że w sumie nie było za co trzymać… 
Nieważne! Megan i Audrey właśnie nadjechały na pięknych ogierach! Victor był stosunkowo grzeczny, jedyne co robił to wyrywał wodze, próbując łapać źdźbła trawy. Hulk natomiast szedł nieco pijanym krokiem, z łbem dumnie uniesionym i miną „tralalala, nie słucham cię!”. Jednak znałam Audrey na tyle długo, żeby wiedzieć, iż jego nastawienie szybko się zmieni. Stanowili dobraną parę, chociaż na razie tego nie było widać. Wierzcie mi na słowo.
Właście tak wyruszyłyśmy w nasz teren! Trzy pannice z rozwianym włosem i trzy majeestatyczne rumaki, siwy, kary oraz gniady. Bo Hulkowi się pojaśniało na lato. 
Jechałyśmy obok siebie (Vic i Meg w środku), ponieważ szeroka piaszczysta alejka nam na to pozwalała. Po obu stronach rosła bujna trawa z mnóstwem przeróżnego kwiecia i  co za tym idzie – całymi hordami owadów. Koniska narzekały, machały ogonami i łbami, chcąc pozbyć się natrętnych insektów, a my mogłyśmy jedynie nieco przyspieszyć marsz, żeby oddalić się od łąki. Nasz stęp był naprawdę żwawy, a konie chętnie szły przed siebie, bez żadnej dodatkowej zachęty. Oj znudziło się im padokowanie… 
Hulkbuster powoli się cywilizował, głowę trzymał już na normalnym  poziomie, chociaż ciągle od czasu do czasu zapierał się, chcąc iść w innym kierunku niż pragnęła tego Drey. Z biegiem czasu i to sobie odpuścił. Musiałyśmy jednak dotrzeć do głównej drogi, aby móc podziwiać widok Hulka idącego jak koń. 
Avalon tuptał sobie jak stępujące, czterokopytne marzenie. Mięciutki, wygodny jak babciny fotel i grzeczny tak bardzo, że nie chciałam już nigdy z niego zsiadać. Wystarczył lekki sygnał łydkami żeby skręcił, odbił trochę od Vicka (czasami szli za blisko siebie i zderzałyśmy się z Meg nogami) czy zmienił nieco tempo. 
Sam szanowny Victor naprawdę pozytywnie mnie zaskakiwał i nie szalał. Czuł, że musi być grzeczny, bo wtedy czeka go nagroda. Z początku jeszcze trochę się buntował, ale Megan fajnie go sobie podporządkowała i teraz nie miała już z nim żadnych problemów. 
W spokoju plotkowałyśmy sobie i gawędziłyśmy o niczym. Jechałyśmy jednak poboczem wyasfaltowanej drogi, na której rzadko, bo rzadko, ale jednak jeżdżą samochody i inne pojazdy. W pewnym momencie musiałyśmy ustawić się w szereg, bo pobocze trochę się zwęziło. Pierwszy szedł Hulk, jakiś kawałek za nim Vic, a na końcu Avalon. 
Kiedy przejeżdżało tamtędy normalne auto nie było problemu, ale kiedy nagle śmignął obok nas motocykl – Avi odskoczył przerażony. Utrzymałam się, łapiąc się tych szczątków grzywy, a minutę później nie pamiętaliśmy już co się stało i dreptaliśmy dalej. 
W końcu wjechaliśmy do lasu! Wiedziałyśmy, że jest bezpiecznie, więc ruszyłyśmy kłusem na sygnał Drey – bo ona ciągle prowadziła nas zastępik. Jak Hulk wystrzelił tym „kłusem” to konie prawie pogubiły podkowy, ale okazało się, że to tylko tak z radości i po około stu-stupiędździesięciu metrach tempo się ustabilizowało. Może był to bieg szybszy niż trucht, ale jeszcze mieścił się w normach. Vic trochę szalał. Megan musiała mocno go pilnować i niemal bez przerwy pouczać. Było ciężko, ze względu na brak siodła, ale kto da radę jak nie Meg Summers?
Mój konik słuchał się w 100% i nie mieliśmy żądnych problemów. 
Kłusowaliśmy tak sobie po tych leśnych kniejach, czasami na chwilę zatrzymując się na rozdrożach, żeby ustalić kierunek – na dobrą sprawę, żadna z nas nie pamiętała drogi nad jezioro, ale wymieniłyśmy się szczątkowymi informacjami i jakoś ustaliłyśmy co dalej. Podczas takich przerw Vic się wkurzał, ale w miarę pomagało ruszenie.
Pozwoliliśmy sobie na odrobinę galopu, kiedy wjechałyśmy na prostą jak drut alejkę z fajnym podłożem. W zastępie z dużymi odstępami, żeby konikom się nie udzieliło szaleństwo. Vic i Hulk mieli nasze działania profilaktyczne w nosie i i tak dali się ponieść emocjom. Jeden z  drugim zasadził po mocnym bryku z krzyża i poszli w długą, próbując się ścigać. Meg miała kilka powodów do narzekania, zwłaszcza od kiedy odkryła, że Victor strasznie wybija, a kiedy nie ma się pod tyłkiem chociaż poduszki to jazda przestaje być taka przyjemna. Nie mniej jednak trzymała się dzielnie i po tych kilku setkach pędzenia ile fabryka dała – udało się jej zwolnić. Wymruczała pod nosem kilka niecenzuralnych słów, ale usłyszałam jedynie końcówkę, bo Avalon patatajał sobie w dokładnie takim tempie, jakiego sobie życzyłam. I za to już zaskarbił sobie moja dozgonną miłość. One z nietęgimi minami, ja z ogromnym uśmiechem – ruszyłyśmy dalej. Według naszych obliczeń jeziorko było już blisko, więc poruszałyśmy się niewymagającym kłusikiem. 
I nie uwierzycie… zobaczyłyśmy jezioro! Tak! Nasz cel został osiągnięty!
Jeszcze nie wierzące we własne szczęście znalazłyśmy dogodną drogę na plażę. Akurat trafiłyśmy na łagodny brzeg z płycizną sięgającą kilkunastu metrów w dal. Zadowolone i spragnione ochłody (bo nie wspominałam, ale było wtedy jakoś powyżej 30 stopni, więc trochę się topiłyśmy) ruszyłyśmy w stronę wody! I już wszystkie trzy konie miały wejść do jeziora w tym samym momencie, kiedy Avalon zrobił STOP! I stwierdził, że on się wody boi i nigdzie nie idzie. Mnie tak jakby trafił wewnętrzny szlag, a dziewczyny nabijały się w mojej miny, kiedy ich koniki beztrosko wlazły sobie kopytkami do orzeźwiającej wody i wesoło się ochlapywały. Avi nie zamoczył nawet pół kopytka (nawet ćwierć kopytka!) bo przecież woda gryzie! Zje go! 
W ciągu piętnastu minut próbowałam niezliczoną ilość razy namówić go, żeby jednak skorzystał, bo będzie mu chłodniej, lepiej, bo tak jest fajnie, ALE NIE! Uparł się. Za dwudziestą próbą w końcu zlitował się nade mną na tyle, że wszedł… no ja wiem… jakieś 3 centymetry – sukces… 
- To nie sprawiedliwe – jęknęłam.
Hulk i Vic praktycznie już pływali, ten pierwszy miał wodę do brzucha – Drey nie pozwoliła mu wejść dalej w trosce o sprzęt, ale gdyby nie to to byłby już na środka jeziora szczęśliwy i mokry. 
- To zejdź z niego i sama wejdź, tłumoku! - potraktowała mnie przyjacielską radą Megan.
- Ale co jeśli ucieknie?
- Eh… dobra, zamienimy się na chwilę.
Wyszła na brzeg ociekająca  niczym wodna rusałka i zeskoczyła z grzbietu karuska. Avalon bał się nawet do niego podejść, więc wymieniłyśmy się wodzami na odległość. Jakoś wskoczyłam na Vica i szczęśliwa jak dziecko wgalopowałam do wody, rozchlapując ją dookoła. Konik też bawił się przednio. Pobiegaliśmy sobie po mieliźnie, dwa razy zapuściliśmy się trochę głębiej, ale zaraz napomniała mnie Meg, która chciała już odzyskać rumaka. Z resztą i tak musiałyśmy już wracać. 
Każda dosiadła swojego konia. W ogóle Avi dostał paraliżu, kiedy usiadłam na niego i kropelki ze mnie zaczęły spływać mu po grzbiecie. Stał jak zmrożony, uszy po sobie i nie wiedział co zrobić. Udało mi się go uspokoić, a kiedy Drey i Megan po raz ostatni się ochlapały – ruszyłyśmy w drogę powrotną. Ale po co jeździć sprawdzonymi drogami, skoro można improwizować?
Ale przynajmniej było nam i koniom chłodniej, więc mogłyśmy kluczyć po tych dzikich lasach we względnym komforcie. 
Po dłuższej chwili stępiku ruszyłyśmy kłusem. Konie aż się do tego trwały, za sprawą wody posiadły nową energię, która koniecznie chciały wykorzystać tu i teraz. Ten niewinny kłusik bardzo szybko przerodził się w galop, bo nie miałyśmy już sił ich utrzymać. Co prawda ten galop był już fajny, lekki i co najważniejsze – kontrolowany, więc stwierdziłyśmy, że okej. Niech sobie galopują i się zmęczą. 
Jak na złość nie chciały się zmęczyć i zaczęłyśmy się z tego nawet śmiać, bo według naszych obliczeń powinny zwolnić do kłusa już pół kilometra wcześniej. Po kilku kolejnych minutach ciągnęły już chyba tylko nam na złość. Coraz słabiej, coraz wolniej, Avi galopował już praktycznie w miejscu, ale nie zamierzał się poddać. W końcu zdecydowałyśmy, że skrócimy ich męki i nie damy im wyboru – tak oto przeszłyśmy do kłusika, a w domu byłyśmy dwa razy szybciej niż zajęła nam podróż nad jezioro. 
Przez bramę przejechałyśmy stępikiem na luźnych wodzach. Koniska były wykończone, ale szczęśliwe. Podobnie jak my. A nasze ubrania dawno wyschły już po drodze i zdążyłyśmy zapomnieć, że w ogóle były mokre. 
Podjechałyśmy pod samą stajnię – żeby złapać trochę cienia. Tam Drey zdjęła Hulkowi siodło, po czym odwiesiła ja na płot, ja trzymałam Vicka i Avalona, podczas gdy Megan pobiegła po kantary trzech panów. Kiedy wróciła zdjęłyśmy też ogłowia, a kiedy były już gotowe – wypuściłyśmy ja na pastwiska. Akurat był tam też Dramat, więc chłopaki mogli się po integrować w czwórkę. Tymczasem my odłożyłyśmy sprzęt do masztalerki i weszłyśmy do kuchni nad stajnią. Błogosławiony ten, kto zostawił w lodówce dużą butlę coli. 

środa, 20 stycznia 2016

11. (teren) Catsye, Seven Wishes, Arizona DH

Ruska – Catsye
Alik – Seven Wishes
Megan  Arizona DH

W środę zabraliśmy się za konie dopiero koło czternastej. Właściwie mieliśmy zupełnie zrezygnować, ponieważ w nocy spadł śnieg, a więc trening crossowy był zbyt niebezpieczną opcją. W końcu jednak zdecydowaliśmy, że zamiast tego pojedziemy sobie w teren.
W stajni szybciutko uporaliśmy się z wierzchowcami, które naprawdę zdziwiły się, że chcemy je męczyć trzeci dzień z rzędu. Mimo to nie protestowały podczas czyszczenia, ani zakładania sprzętu, więc raz dwa byliśmy wszyscy gotowi do pracy. 
Seven Wishes: siodło, ogłowie, czaprak, podkładka
Arizona: siodło, ogłowie, czaprak, podkładka
Catsye: siodło, ogłowie, czaprak, podkładka
Wyprowadziliśmy je na zewnątrz, zakładając rękawiczki i czapki Później poprawiliśmy popręgi i wsiedliśmy ze schodków, które niewzruszenie od lat stały przy stajni. 
Ruszyliśmy w stronę lasu wolnym stępem. Przynajmniej miał to być wolny stęp w zamierzeniu, jednak podekscytowane wyjazdem koniska mimowolnie przyspieszały i chciały się wyprzedzać. Na drodze między pastwiskami ustaliliśmy jednak kolejność: jechałam pierwsza na Catsye, za mną Alik z Seven, a zastęp zamykały Megan i Arizona. 
Warstwa śniegu była gruba na jakieś piętnaście centymetrów i konie z początku miały trudności z poruszaniem się, jednak szybko przywykły i dopasowały się do warunków. Nie licząc zimna było bardzo przyjemnie, bo niebo zaczynało powoli barwić się na pomarańczowo, w oddalonym o jakieś pół mili lesie ćwierkały ptaki, a śnieg przyjemnie skrzypiał pod końskimi kopytami. Cat szła na kontakcie, ale byłam jej pewna i nie przejmowałam się nagłym skokiem w bok czy czymś w tym rodzaju. Sterowałam nią bardziej za pomocą łydek i dosiadu. Podejrzewałam, że z Seven jest tak samo, ale Arizona mogła mieć drobne fochy.
W końcu wjechaliśmy w leśną ścieżkę, gdzie było trochę mniej śniegu. 
- Kłusem! - powiedziałam głośno i po chwili przyłożyłam łydki do boków konia. Cat ładnie przeszła do wyższego chodu, a reszta za nią.
Seven donośnie parsknęła, ale trzymała się kilka metrów za zadem srokatej, na której nie zrobiło to wrażenia. 
Rumaki utrzymywały ładne tempo bez poganiania i cieszyły się przejażdżką w równym stopniu, co my. Może nawet bardziej, bo im nie było chyba tak zimno. Dopiero po chwili anglezowania poczułam się mniej jak sopel, a bardziej jak człowiek. Błądziliśmy sobie tym truchcikiem po co szerszych alejkach, żeby nie ocierać się o gałęzie pełne śniegu. 
W pewnym momencie przez drogę przebiegł zając, ale na szczęście nasze konie nie były nim przerażone, a raczej zaintrygowane. Mimo to nie zwolniły nawet znacznie, a jedynie odrobinę i wyciągały głowę na bok, żeby dojrzeć gdzie też pobiegło to śmieszne zwierzątko. Wkrótce wszystko wróciło do normy, a wierzchowce znowu wyprostowały się i dumnie przemierzały las. 
Zwolniliśmy na chwilę do stępa, bo droga, którą musieliśmy pokonać, była lekko pochyła i nie chcieliśmy ryzykować utraty równowagi. Obyło się bez problemów, więc po chwili wjechaliśmy na dużą łąkę, gdzie bez obaw mogliśmy pogalopować do woli. Megan spięła Arizonę bez żadnego ostrzeżenia i wyprzedziła wszystkich. 
- Boże – szepnęłam do siebie , kiedy na chwilę ogarnęło mnie przerażenie, ale zaraz potem sama poszłam śladami przyjaciółki.
Catsye była nad wyraz szczęśliwa z takiego obrotu spraw i chętnie ruszyła galopem za Arizoną. Słyszałam, że Alik także zrobił to samo, jednak został w tyle. 
Dogoniłam Meg i przez chwilę biegłyśmy obok siebie, ale klacze zaczęły ze sobą zbyt mocno rywalizować i odpuściłam. Zamiast tego podgalopowałam do Alika i miałam właśnie ukraść mu czapkę, kiedy oberwałam od niego śnieżką.
- Ej! - oburzyłam się – skąd to masz?!
Na pewno nie schylił się z grzbietu aż do ziemi… Ale okazało się, że podczas truchtu po lesie, trochę śniegu spadło na grzbiet klaczy, więc chłopak pieczołowicie zebrał go i trzymał na odpowiednią okazję. 
Zaczęłam go gonić, kiedy postanowił uciec, ale Seven okazała się być zwinniejsza. Natomiast Arizona była wcale nie gorsza i z łatwością pomogła Megan na dorwanie chłopaka. Stracił on swoja cenną czapkę z uszami renifera i pożałował, że zadarł z dziewczynami. 
Zabawa w berka trwała jeszcze chwilę. Zdecydowaliśmy się wracać, żeby zdążyć do stajni zanim zrobi się ciemno. Droga powrotna wyglądała trochę inaczej, bo jechaliśmy wszyscy obok siebie, omawiając szansę naszych koni na wystawie w Hipodromie Paris, an które ostatnio wysłaliśmy część wierzchowców. Później rozmowa zeszła na inne tory, takie jak ulubione seriale, co zawsze było dla naszej załogi niekończącym się źródłem informacji. 
Konie były wtedy grzeczne i stępowały na luźniejszych wodzach, zupełnie się ze sobą nie kłócąc. Galopada po śniegu i dwa poprzednie dni trochę je zmęczyły, ale na pewno nie wyjdzie im to na złe. 
Do stajni w istocie dotarliśmy przed zmrokiem, chociaż latarnie na padokach i przy stajniach paliły się już od jakiegoś czasu. Zeskoczyliśmy z siodeł i odprowadziliśmy koniska do boksów, gdzie zdjęliśmy sprzęt i założyliśmy im derki. Kiedy Meg i Alik poszli do domu, ja jeszcze dałam każdemu rumakowi po marchewce i sprawdziłam czy drzwiczki do wybiegu Snickersa i Rocky;ego są dobrze zamknięte. Nie chciałam powtórki z wigilii…
Kiedy weszłam do domu i oswobodziłam się ze wszystkich swetrów, jakie na sobie miałam, dostałam jeszcze w holu do ręki kubek kakao od Vienne. 
- Dziękuję! - pisnęłam radośnie i upiłam kilka łyków, by stwierdzić, że jest idealne. Zerknęłam do salonu, gdzie przy rozpalonym kominku siedziała co najmniej połowa załogi i uśmiechnęłam się do siebie.